horror

„Szósty zmysł”, czyli Dziady Shyamalanowskie

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie/ Co to będzie, co to będzie?” – ten słynny dwuwiersz z Mickiewiczowskich „Dziadów” zdaje się idealnie oddawać atmosferę, panującą w tzw. filmach grozy. Pochodzenie gatunku określanego mianem „horror” jest przecież romantyczne. To wszak na przełomie XVIII i XIX wieku pojawiły się w kulturze europejskiej tzw. powieści gotyckie, to właśnie wówczas w malarstwie prawo obywatelstwa uzyskały mgliste pejzaże i tajemnicze ruiny kościołów, to wreszcie wtedy poeci zaczęli z nieznaną wcześniej intensywnością penetrować irracjonalne obszary ludzkiej natury. Modne stały się też tzw. opowieści niesamowite, których tematem często była śmierć i życie pozagrobowe.

„Szósty zmysł” M. Nighta Shyamalana jest właśnie taką „opowieścią niesamowitą”, tyle że napisaną przy pomocy kamery. Klasycznym horrorem nazwać ten film raczej trudno, choć zawiera kilka scen, mogących wzbudzić autentyczny strach. Nieco mroczny, ponury nastrój to zasługa muzyki i przede wszystkim znakomitych zdjęć Taka Fujimoto. Świat w „Szóstym zmyśle” pozbawiony jest słońca. Dominują ciemne, chłodne barwy: czerń, różne odcienie szarości, stalowo-sine błękity. Kadry są lekko „przydymione”, trochę nieostre. Wszystko to sprawia wrażenie, jakby akcja toczyła się gdzieś na pograniczu między rzeczywistością a zaświatami, co zresztą znajduje po części odzwierciedlenie w fabule. (więcej…)

Reklamy