Sid Meier’s Civilization IV

Jak zostałem człowiekiem cywilizowanym cz.3 – Rodzina gry, czyli perfidny atak na portfel fanboya

 

                                                                   „Get civilized!”

                                                                                                  (Sid Meier)

 

            Zacznę od kilku słów wyjaśnienia. Kim jest „fanboy”? Definicji jest wiele, ale podam własną, popartą obserwacjami, tudzież lekturą licznych dyskusji i „dyskusji” w Internecie. Otóż „fanboy” to mniej więcej to samo, co „fan” w stosowanym powszechnie znaczeniu, czyli „entuzjastyczny zwolennik, zagorzały kibic, niemal bezkrytyczny wielbiciel”. Mniej więcej, gdyż dodane słówko „boy” (ang. chłopiec) wskazuje, że chodzi tu o młodą osobę płci męskiej (choć „fangirls” też sporadycznie występują w przyrodzie :-)). Owa młodość pociąga jednak za sobą często spotykane w tym okresie życia wady, jak choćby: łatwość bardzo surowego osądzania innych; drażliwość; zapalczywość; naiwność; skłonność do uczuciowego rozgorączkowania, co w połączeniu z potrzebą szukania autorytetów poza domem rodzinnym przyczynia się do okazywania nadmiernego zaufania (by nie rzec – uwielbienia) różnym ludziom, firmom, zespołom muzycznym, a nawet… rozmaitym gadżetom. W konsekwencji „fanboye” są obok „trolli” i rozmaitych „tajniaków”, wykonujących takie czy inne zlecenia, najgorszą plagą dyskusji internetowych. Impregnowani na argumenty oponentów, szybko tracą wszelką miarę i zaczynają obrażać, posuwając się do najczystszego chamstwa. Występują głównie w subkulturze miłośników rozrywki elektronicznej (choć oczywiście nie tylko). Jeśli zatem zdarzy komuś z Was, drodzy Czytelnicy, zabłądzić na jakieś forum „growe” lub „sprzętowe”, bądźcie przygotowani na werbalne jatki między „fanboyami” systemów operacyjnych „Windows” i „Linux”, procesorów marki „Intel” i „AMD”, kart graficznych marki „nVidia” i „Radeon”, komputerów stacjonarnych (PC) i konsoli, że nie wspomnę już o „fanboyach” konkretnych gier. (więcej…)

Reklamy

Jak zostałem człowiekiem cywilizowanym cz.2 – „Baba Yetu” i inni


          

                                                                                                „Get civilized!”

                                                                                                             (Sid Meier)

                                                                                                    

           …a źródłem owej nadziei była… piosenka towarzysząca „ładowaniu się” gry. 🙂 Do tej pory byłem raczej przyzwyczajony, że inauguracji wirtualnej rozgrywki towarzyszą brzmienia symfoniczne, najczęściej patetyczne, mroczne lub dziarskie (lub wszystkie razem, z przewagą jednego z elementów). Tymczasem podczas inicjacji „Civilization IV” w moich słuchawkach rozległy się dźwięki, które mógłbym określić jako „gospelowo-etniczne”, w których czuło się gorący oddech sawanny. O dziwo nie odnalazłem w nich ani mroku, ani dziarskości, a patosu ledwie szczyptę. Zamiast tego pojawił się nastrój radości i kojącego, emocjonalnego ciepła. „Skoro tak zaczyna się gra, to moim ludzikom chyba nic nie grozi. Przynajmniej nie od razu” – pomyślałem sobie i rzeczywistość to potwierdziła. Założyłem pierwsze miasto, a zwiadowcy i wojownicy przez dłuższy czas spokojnie przeszukiwali okolicę, odkrywając złoża cennych dóbr konsumpcyjnych i mineralnych, tudzież wioski tubylców, którzy ofiarowywali mojej dziewiczej cywilizacji rozmaite „bonusy”. Pojawiające się sporadycznie dzikie zwierzęta nie stanowiły większego problemu (z wyjątkiem niedźwiedzi, ale i na nie z czasem znalazłem sposób). Przynajmniej na tym poziomie trudności, na jakim wówczas grałem. 🙂 (więcej…)

Jak zostałem człowiekiem cywilizowanym (saga o grze „Sid Meier’s Civilization IV”) cz.1 – Nowy komputer, czyli znowu w grze

    „Get civilized!” (Sid Meier)

Najlepiej przyznam się od razu – za wszystkim, o czym będę tu pisał, stoją Niemcy. I pewna sieć popularnych supermarketów z multimediami, w dodatku przeznaczona „nie dla idiotów”. Otóż owa sieć bodajże raz w roku ogłasza „dzień bez VAT-u” i to „na każdy towar”, a nie tylko „na AGD i RTV”. „Raz w roku” wypada w tzw. długi weekend majowy, kiedy większość normalnych ludzi ucieka z miast na łono natury. Ponad trzy lata temu, w początkach maja AD 2008 postanowiłem pójść pod prąd i spędzić pół dnia w zatłoczonym „markecie” (głównie w potężnej kolejce do kasy), by kupić nowy komputer. (więcej…)