film

„Przeklęta góra”, czyli Kafka po chińsku

Scenariusz do tego filmu mógłby napisać Franz Kafka, gdyby zamiast kreować somnambuliczne wizje, tworzył w poetyce realizmu. W „Przeklętej górze” atmosfera absurdalnego w swej grozie zaszczucia i równie absurdalnej, a zarazem rozpaczliwej bezwyjściowości jest wyjątkowo sugestywna. Ten film zdumiewa i jednocześnie poraża. To, co u Kafki było tylko onirycznym symbolem i mroczną metaforą, tu staje się niemal namacalne i niepokojąco konkretne za sprawą reżyserskiego kunsztu Yanga Li i talentu aktorskiego młodziutkiej Lu Huang. „Przeklętą górę” oglądałem bez przyjemności. Za to ze ściskającym się coraz bardziej sercem i po raz pierwszy od wielu miesięcy z poczuciem, że obcuję z dziełem, którego twórca rzeczywiście ma mi coś ważnego do powiedzenia. (więcej…)

Reklamy

„Anatomia upadku”, czyli dlaczego to wciąż powinna być nasza sprawa

„Anatomia upadku” to film solidny i rzetelny. Rasowa dziennikarska robota, która w finale, odwołując się do poruszającej metaforyki, zdradza nawet wyższe, ponad-reporterskie ambicje. Autorka, Anita Gargas, mimo, że na co dzień związana ze środowiskiem o bardzo wyrazistych poglądach politycznych, potrafiła je w swym dokumencie powściągnąć, dyskretnie usuwając się za kulisy faktów i wypowiedzi swoich bohaterów. Nie komentuje tylko relacjonuje. Nie wartościuje tylko pyta. Nie napastliwie, ale dociekliwie. Indaguje zarówno politycznie neutralnych świadków, jak i przedstawicieli obu stron smoleńskiego konfliktu. Jedni chcą mówić, inni – nie, choć nawet w obliczu kamer solennie obiecują, że to zrobią.  (więcej…)

„Prorok”, czyli rzecz o tożsamości

„Skąd przyszliśmy? Kim jesteśmy? Dokąd idziemy?” – zastanawiał się przed ponad wiekiem w tytule swego słynnego płótna Paul Gauguin. Co ciekawe, żeby poważnie przemyśleć te pytania, potrzebował wyjazdu aż na dalekie Tahiti. Jean Audiard, reżyser „Proroka”, nigdzie nie wyjechał, choć pytania stawia podobne. Gauguin szukał w egzotyce wyzwolenia z kręgu zachodniej cywilizacji. Audiard natomiast rozgląda się uważnie wokół siebie i dochodzi do wniosku, że ów krąg być może kruszy się na naszych oczach. (więcej…)

Ptaśka

Bardzo rzadko mi się to zdarza, ale tym razem warto. Polecam film pt. „Serafina”, który będzie można obejrzeć jutro, 7 czerwca, w programie 2 TVP o godz. 22:40 w cyklu „Kocham Kino”. Poniżej moja recenzja tego dzieła.

*

„W samej istocie poezji jest coś nieprzystojnego:/ powstaje z nas rzecz, o której nie wiedzieliśmy, że w nas jest,/ więc mrugamy oczami, jakby wyskoczył z nas tygrys/ i stał w świetle, ogonem bijąc się po bokach./ Dlatego słusznie się mówi, że dyktuje poezję dajmonion,/ choć przesadza się utrzymując, że jest na pewno aniołem” – pisał w wierszu „Ars poetica?” Czesław Miłosz. Film „Serafina” Martina Provosta ośmiela mnie do zuchwałej korekty słów noblisty i zastąpienia rzeczownika „poezja” rzeczownikiem „sztuka”.  Bohaterką dzieła Francuza jest bowiem nie poetka tylko malarka. Reszta się zgadza. Choć pewność co do tego uzyskałem dopiero pod koniec filmu. (więcej…)

Cztery pory roku nad Baryczą

Kiedy swego czasu obejrzałem na DVD „Mikrokosmos” i „Makrokosmos” byłem autentycznie zauroczony. Doszedłem też do wniosku, że długo nikt nie zrealizuje czegoś równie wspaniałego. Czegoś, co jest nie tylko filmem przyrodniczym, ale również najczystszą poezją, pełną wzruszeń, dramaturgii i humoru. A także zachwycającą czystym pięknem, obywającym się bez słów, skłaniającym do kontemplacji. I oto jestem świeżo po obejrzeniu „Rytmów natury w Dolinie Baryczy”, debiutu reżyserskiego (!) cenionego, pracującego m.in. dla „National Geographic”, fotografika Artura Homana. Sam dopiero oswajam się z tą myślą, ale film Homana stawiam na równi z „Mikro…” i „Makrokosmosem”, pomimo że jest od nich dużo krótszy. Powodem mojego radosnego zdumienia jest również fakt, że stawiający pierwsze samodzielne kroki w filmowym dokumencie artysta, dostrzegł i w wielkim stylu ukazał „niedowiarkom” cuda rodzimego, polskiego pejzażu, który – jeśli kto umie patrzeć – może się okazać miejscem równie pięknym, magicznym i tętniącym życiem jak afrykańska sawanna czy amazońska dżungla. Jednak nie tylko talent, wrażliwość i „czułe oko” mają tu swoją zasługę. Co najmniej równie ważna była determinacja, pasja i tytaniczna praca (nieraz w skrajnie niesprzyjających warunkach), którą Artur Homan (przy wsparciu żony Saturniny) włożył w swój film. (więcej…)

Tryptyk ruandyjski (3)

            „Musi pan sobie odpowiedzieć na jedno pytanie… Czy wciąż chce pan żyć?” Od tych słów zaczyna się akcja filmu Rogera Spottiswoode’a „Podać rękę diabłu”, któremu chcę poświęcić kilka słów, kończąc zarazem mój „Tryptyk ruandyjski”. Scenariusz powstał na kanwie książki wspomnieniowej „Shake Hands With The Devil” generała Roméo Dallaire’a, szefa wojsk ONZ podczas ludobójstwa w Ruandzie wiosną 1994 roku. Publikacja kanadyjskiego oficera nie została przetłumaczona na polski, można ją jednak – inwestując nieco determinacji i funduszy – w naszym kraju kupić. Od razu wyznam, że mnie tej determinacji zabrakło i pamiętników Dallaire’a nie czytałem. Znam je jedynie z różnych internetowych recenzji i omówień. Wniosek, jaki płynie z tych ostatnich wydaje się jednak dość oczywisty – film nie odbiega zanadto od literackiego oryginału. (więcej…)

Brama

(Uwaga! Tekst poniższy nie jest recenzją w klasycznym rozumieniu tego słowa, lecz raczej rodzajem medytacji, w której ujawniam 80% fabuły filmu „Wiosna, lato, jesień, zima… i wiosna” (łącznie z zakończeniem), a nawet sugeruję ciąg dalszy. 🙂 Jeśli więc ktoś z Szanownych Czytelników chciałby ową produkcję obejrzeć nie tracąc „efektu niespodzianki”, niech poniższego (na razie :-)) nie czyta. Zaprezentowany tu mini-esej miał swoją premierę miesiąc temu w internetowym kwartalniku „Humanistyka”, którego główna część poświęcona była ascezie i do którego lektury przy okazji szczerze zachęcam (link znajdziecie patrząc nieco na prawo od tego miejsca, w moim dziale „Archipelag”). Cytowane przeze mnie wypowiedzi mistrza buddyzmu zen Seung Sa Nima pochodzą z artykułu „Sutra Serca z komentarzem Seung Sa Nima”, zamieszczonego na witrynie „Sangha Zen Kannon Gdańsk”.) (więcej…)

Tryptyk ruandyjski (2)

            Tuż przed odjazdem ciężarówek z białymi uchodźcami na teren hotelu wpada spora grupa murzyńskich dzieci pod opieką zakonników. Uszczęśliwieni dziękują żołnierzom za ratunek, lecz wojskowi zimno ripostują, że zabierają tylko białych. W rezultacie z oporami i poczuciem wstydu, malującym się na twarzach, skromna grupa misjonarzy wsiada do samochodów. Ich czarnoskórzy współbracia i współsiostry zostają, a wraz z nimi kilkadziesiąt dzieci. Scena ta mogłaby stanowić kulminacyjny punkt fabuły innego filmu o ruandyjskiej tragedii – „Shooting Dogs”.

           Jego twórcy już w czołówce podkreślają, że zrealizowali swoje dzieło na podstawie faktów oraz w miejscach, w których te się rozegrały, zaś w ekipie znaleźli się świadkowie i uczestnicy przedstawianych w filmie wydarzeń. Reżyser Michael Caton-Jones chętnie korzysta z reportersko-dokumentalnej stylistyki, operator roztacza przed widzem panoramę biednych, tonących we wszędobylskim pyle przedmieść Kigali, zaś bohaterowie nie paradują w eleganckich garniturach i nie mieszkają w ładnie urządzonych wnętrzach jak to było w „Hotelu Ruanda”. Być może to zdecydowało, że dość często spotykałem się z opiniami, wedle których „realistyczny” „Shooting Dogs” znacznie przewyższa „hollywoodzki” film Terry’ego George’a. W takich sytuacjach z reguły przywołuje się łacińską maksymę, mówiącą, że „o gustach nie należy rozprawiać”, lecz w tym przypadku – moim zdaniem – nie ma ona zastosowania. Pomijam już fakt, że akcja „Hotelu Ruanda” toczy się w obrębie innej warstwy społecznej niż film Catona-Jonesa. W tej warstwie markowy garnitur to po prostu ubiór codzienny, a nie odświętny. Czy byłoby zatem „realistyczne” ukazywanie rodziny Paula Rusesabaginy mieszkającej w baraku z dykty? To jednak kwestie poboczne. Istnieją bowiem znacznie poważniejsze argumenty, obalające tezę, jakoby „Shooting Dogs” zrealizowano zgodnie z realiami. (więcej…)