film fabularny

„Przeklęta góra”, czyli Kafka po chińsku

Scenariusz do tego filmu mógłby napisać Franz Kafka, gdyby zamiast kreować somnambuliczne wizje, tworzył w poetyce realizmu. W „Przeklętej górze” atmosfera absurdalnego w swej grozie zaszczucia i równie absurdalnej, a zarazem rozpaczliwej bezwyjściowości jest wyjątkowo sugestywna. Ten film zdumiewa i jednocześnie poraża. To, co u Kafki było tylko onirycznym symbolem i mroczną metaforą, tu staje się niemal namacalne i niepokojąco konkretne za sprawą reżyserskiego kunsztu Yanga Li i talentu aktorskiego młodziutkiej Lu Huang. „Przeklętą górę” oglądałem bez przyjemności. Za to ze ściskającym się coraz bardziej sercem i po raz pierwszy od wielu miesięcy z poczuciem, że obcuję z dziełem, którego twórca rzeczywiście ma mi coś ważnego do powiedzenia. (więcej…)

Reklamy

„Prorok”, czyli rzecz o tożsamości

„Skąd przyszliśmy? Kim jesteśmy? Dokąd idziemy?” – zastanawiał się przed ponad wiekiem w tytule swego słynnego płótna Paul Gauguin. Co ciekawe, żeby poważnie przemyśleć te pytania, potrzebował wyjazdu aż na dalekie Tahiti. Jean Audiard, reżyser „Proroka”, nigdzie nie wyjechał, choć pytania stawia podobne. Gauguin szukał w egzotyce wyzwolenia z kręgu zachodniej cywilizacji. Audiard natomiast rozgląda się uważnie wokół siebie i dochodzi do wniosku, że ów krąg być może kruszy się na naszych oczach. (więcej…)

Ptaśka

Bardzo rzadko mi się to zdarza, ale tym razem warto. Polecam film pt. „Serafina”, który będzie można obejrzeć jutro, 7 czerwca, w programie 2 TVP o godz. 22:40 w cyklu „Kocham Kino”. Poniżej moja recenzja tego dzieła.

*

„W samej istocie poezji jest coś nieprzystojnego:/ powstaje z nas rzecz, o której nie wiedzieliśmy, że w nas jest,/ więc mrugamy oczami, jakby wyskoczył z nas tygrys/ i stał w świetle, ogonem bijąc się po bokach./ Dlatego słusznie się mówi, że dyktuje poezję dajmonion,/ choć przesadza się utrzymując, że jest na pewno aniołem” – pisał w wierszu „Ars poetica?” Czesław Miłosz. Film „Serafina” Martina Provosta ośmiela mnie do zuchwałej korekty słów noblisty i zastąpienia rzeczownika „poezja” rzeczownikiem „sztuka”.  Bohaterką dzieła Francuza jest bowiem nie poetka tylko malarka. Reszta się zgadza. Choć pewność co do tego uzyskałem dopiero pod koniec filmu. (więcej…)

Tryptyk ruandyjski (3)

            „Musi pan sobie odpowiedzieć na jedno pytanie… Czy wciąż chce pan żyć?” Od tych słów zaczyna się akcja filmu Rogera Spottiswoode’a „Podać rękę diabłu”, któremu chcę poświęcić kilka słów, kończąc zarazem mój „Tryptyk ruandyjski”. Scenariusz powstał na kanwie książki wspomnieniowej „Shake Hands With The Devil” generała Roméo Dallaire’a, szefa wojsk ONZ podczas ludobójstwa w Ruandzie wiosną 1994 roku. Publikacja kanadyjskiego oficera nie została przetłumaczona na polski, można ją jednak – inwestując nieco determinacji i funduszy – w naszym kraju kupić. Od razu wyznam, że mnie tej determinacji zabrakło i pamiętników Dallaire’a nie czytałem. Znam je jedynie z różnych internetowych recenzji i omówień. Wniosek, jaki płynie z tych ostatnich wydaje się jednak dość oczywisty – film nie odbiega zanadto od literackiego oryginału. (więcej…)

Brama

(Uwaga! Tekst poniższy nie jest recenzją w klasycznym rozumieniu tego słowa, lecz raczej rodzajem medytacji, w której ujawniam 80% fabuły filmu „Wiosna, lato, jesień, zima… i wiosna” (łącznie z zakończeniem), a nawet sugeruję ciąg dalszy. 🙂 Jeśli więc ktoś z Szanownych Czytelników chciałby ową produkcję obejrzeć nie tracąc „efektu niespodzianki”, niech poniższego (na razie :-)) nie czyta. Zaprezentowany tu mini-esej miał swoją premierę miesiąc temu w internetowym kwartalniku „Humanistyka”, którego główna część poświęcona była ascezie i do którego lektury przy okazji szczerze zachęcam (link znajdziecie patrząc nieco na prawo od tego miejsca, w moim dziale „Archipelag”). Cytowane przeze mnie wypowiedzi mistrza buddyzmu zen Seung Sa Nima pochodzą z artykułu „Sutra Serca z komentarzem Seung Sa Nima”, zamieszczonego na witrynie „Sangha Zen Kannon Gdańsk”.) (więcej…)

Tryptyk ruandyjski (2)

            Tuż przed odjazdem ciężarówek z białymi uchodźcami na teren hotelu wpada spora grupa murzyńskich dzieci pod opieką zakonników. Uszczęśliwieni dziękują żołnierzom za ratunek, lecz wojskowi zimno ripostują, że zabierają tylko białych. W rezultacie z oporami i poczuciem wstydu, malującym się na twarzach, skromna grupa misjonarzy wsiada do samochodów. Ich czarnoskórzy współbracia i współsiostry zostają, a wraz z nimi kilkadziesiąt dzieci. Scena ta mogłaby stanowić kulminacyjny punkt fabuły innego filmu o ruandyjskiej tragedii – „Shooting Dogs”.

           Jego twórcy już w czołówce podkreślają, że zrealizowali swoje dzieło na podstawie faktów oraz w miejscach, w których te się rozegrały, zaś w ekipie znaleźli się świadkowie i uczestnicy przedstawianych w filmie wydarzeń. Reżyser Michael Caton-Jones chętnie korzysta z reportersko-dokumentalnej stylistyki, operator roztacza przed widzem panoramę biednych, tonących we wszędobylskim pyle przedmieść Kigali, zaś bohaterowie nie paradują w eleganckich garniturach i nie mieszkają w ładnie urządzonych wnętrzach jak to było w „Hotelu Ruanda”. Być może to zdecydowało, że dość często spotykałem się z opiniami, wedle których „realistyczny” „Shooting Dogs” znacznie przewyższa „hollywoodzki” film Terry’ego George’a. W takich sytuacjach z reguły przywołuje się łacińską maksymę, mówiącą, że „o gustach nie należy rozprawiać”, lecz w tym przypadku – moim zdaniem – nie ma ona zastosowania. Pomijam już fakt, że akcja „Hotelu Ruanda” toczy się w obrębie innej warstwy społecznej niż film Catona-Jonesa. W tej warstwie markowy garnitur to po prostu ubiór codzienny, a nie odświętny. Czy byłoby zatem „realistyczne” ukazywanie rodziny Paula Rusesabaginy mieszkającej w baraku z dykty? To jednak kwestie poboczne. Istnieją bowiem znacznie poważniejsze argumenty, obalające tezę, jakoby „Shooting Dogs” zrealizowano zgodnie z realiami. (więcej…)

Tryptyk ruandyjski (1)

           Między kwietniem a sierpniem 1994 roku zamordowano w Ruandzie około miliona ludzi. Wielu z nich zostało zarąbanych maczetami. Ofiarami rzezi padli tubylcy, głównie z plemienia Tutsi. Siły pokojowe ONZ zatroszczyły się o białych gości z Ameryki i Europy, zapewniając im bezpieczną ewakuację. Autochtonów zostawiono samym sobie lub tu i ówdzie przydzielono im symboliczną ochronę, która nie mogła nawet użyć broni. Wiele miesięcy po tym, jak hektolitry afrykańskiej krwi wsiąkły w ziemię, kilku ruandyjskich zbrodniarzy wojennych postawiono przed sądem i skazano na dożywotnie więzienie. Następnie świat, sam siebie nazywający cywilizowanym, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku zajął się globalnym ociepleniem, walką z plagami otyłości i nikotynizmu, agitowaniem za prawem do adopcji dzieci przez pary homoseksualistów oraz likwidacją monopolu Saddama Husajna na irackie złoża ropy naftowej. (więcej…)

„Monachium”, czyli Spielberga spojrzenie w otchłań

To najodważniejszy, najdojrzalszy i najlepszy film Stevena Spielberga, jaki widziałem. A widziałem sporo, choć – przyznaję – nie wszystkie. Pomijam czysto rozrywkowy nurt w twórczości tego genialnego reżysera-samouka. To mistrzostwo w swojej klasie, choć jednocześnie („zaledwie”) zbiór  krzepiących opowieści, w których dobro zawsze zwycięża, a wielkie ideały ludzkości okazują się ważniejsze niż siedem grzechów głównych. Jednak niemal od początków kariery Spielberg starał się co pewien czas odchodzić od wizerunku duchowego spadkobiercy Andersena, Verne’a i Stevensona. Próbował kina „poważnego”, opisującego życie takie, jakie jest, a nie jakie być powinno. Pomimo to do czasu „Monachium” jakby bał się (a może jeszcze nie potrafił?) schwytać byka za rogi. Zawsze stawiał widza wobec oczywistości. No bo któż ośmieli się nie współczuć poniewieranej Celii z „Koloru purpury”, brutalnie prześladowanym Murzynom („Amistad”), czy skazanym na eksterminację Żydom („Lista Schindlera”)? (więcej…)