film amerykański

Tryptyk ruandyjski (1)

           Między kwietniem a sierpniem 1994 roku zamordowano w Ruandzie około miliona ludzi. Wielu z nich zostało zarąbanych maczetami. Ofiarami rzezi padli tubylcy, głównie z plemienia Tutsi. Siły pokojowe ONZ zatroszczyły się o białych gości z Ameryki i Europy, zapewniając im bezpieczną ewakuację. Autochtonów zostawiono samym sobie lub tu i ówdzie przydzielono im symboliczną ochronę, która nie mogła nawet użyć broni. Wiele miesięcy po tym, jak hektolitry afrykańskiej krwi wsiąkły w ziemię, kilku ruandyjskich zbrodniarzy wojennych postawiono przed sądem i skazano na dożywotnie więzienie. Następnie świat, sam siebie nazywający cywilizowanym, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku zajął się globalnym ociepleniem, walką z plagami otyłości i nikotynizmu, agitowaniem za prawem do adopcji dzieci przez pary homoseksualistów oraz likwidacją monopolu Saddama Husajna na irackie złoża ropy naftowej. (więcej…)

Reklamy

„Monachium”, czyli Spielberga spojrzenie w otchłań

To najodważniejszy, najdojrzalszy i najlepszy film Stevena Spielberga, jaki widziałem. A widziałem sporo, choć – przyznaję – nie wszystkie. Pomijam czysto rozrywkowy nurt w twórczości tego genialnego reżysera-samouka. To mistrzostwo w swojej klasie, choć jednocześnie („zaledwie”) zbiór  krzepiących opowieści, w których dobro zawsze zwycięża, a wielkie ideały ludzkości okazują się ważniejsze niż siedem grzechów głównych. Jednak niemal od początków kariery Spielberg starał się co pewien czas odchodzić od wizerunku duchowego spadkobiercy Andersena, Verne’a i Stevensona. Próbował kina „poważnego”, opisującego życie takie, jakie jest, a nie jakie być powinno. Pomimo to do czasu „Monachium” jakby bał się (a może jeszcze nie potrafił?) schwytać byka za rogi. Zawsze stawiał widza wobec oczywistości. No bo któż ośmieli się nie współczuć poniewieranej Celii z „Koloru purpury”, brutalnie prześladowanym Murzynom („Amistad”), czy skazanym na eksterminację Żydom („Lista Schindlera”)? (więcej…)

Dastan i Robin, czyli felietonik nie-polityczno-filmowy

„Nie ma nie-polityki. Wszystko jest polityką” – napisał blisko wiek temu jeden z moich ulubionych prozaików. Wbrew temu mój ulubiony felietonista zwykł mawiać – „Polityka nie powinna zamącać biegu prywatnego życia zwykłych ludzi”. Zapewne z tego powodu bardzo lubił rozmawiać o niej przy każdej okazji, poświęcił jej tysiące publikacji, a przez dwie kadencje był nawet posłem na Sejm w latach gomułkowskiej „odwilży”. Niekonsekwencja? A skąd! Po prostu – jak powiadał chyba równie często – „przekora jest intelektualnym instynktem samozachowawczym”.

I jak tu się dziwić filmowcom? Niby kręcą filmy rozrywkowe, mające dać znękanym bliźnim dwie godziny wytchnienia od uciążliwej monotonii codzienności, a jak już człowiek zapłaci za bilet lub DVD, to co się okazuje? Ano, że znów agitacja i propaganda, Panie i Panowie! Myślicie, że głównym bohaterem negatywnym w „Robin Hoodzie” Ridleya Scotta jest podły szeryf z Nottingham albo perfidny i okrutny „człowiek z blizną” imieniem Godfrey? Nic bardziej błędnego! A może wydaje się Wam, że czarny charakter z „Księcia Persji” to starannie zakonspirowany zdrajca nieodpowiedzialnie igrający z „bóstwami” starożytnego Orientu? Znów pomyłka! (więcej…)

„Avatar”, czyli Jamesa Camerona sen o życiu po życiu

W swoim najnowszym filmie James Cameron w bardzo widowiskowy sposób stara się przekonać widza, że cywilizacja Zachodu jest duchowym kaleką. A następnie całkiem serio proponuje jej lekarstwo z epoki późnego paleolitu.

 „Avatar” podzielił widzów. Większość pieje z zachwytu, że „czegoś takiego jeszcze w kinie nie było”. Mniejszość podkreśla fabularną i po części wizualną wtórność filmu, a środowiska konserwatywne dodatkowo krytykują Camerona za ugrzęźnięcie w schematach politycznej poprawności, tudzież zaprawioną utopijnym ekologizmem propagandę ideologii New Age.

Wszyscy oni mają rację, gdyż pod względem realizacyjnym i dramaturgicznym „Avatar” rzeczywiście robi spore wrażenie, zaś jeśli chodzi o treść często przypomina stereotypy realizmu socjalistycznego ubrane w kostium aktualne najmodniejszych za oceanem prądów filozoficznych i obyczajowych. (więcej…)

„Diabeł ubiera się u Prady”, czyli rajskie życie pod obcasem korporacji

„Strzeżcie się wszelkich przedsięwzięć, które wymagają nowej garderoby” – tym cytatem z „Waldena” Henry’ego Davida Thoreau zaczyna się powieść „Diabeł ubiera się u Prady” Lauren Weisberger. Równie dobrze mógłby się nimi zaczynać film, nakręcony na podstawie tej książki.

Na pierwszy rzut oka komedia Davida Frankela jest po prostu perfekcyjnie wyprodukowanym komercyjnym dziełkiem w najlepszym popkulturowym guście. Gwiazdorska obsada (zwłaszcza Meryl Streep pokazuje klasę), przebojowa ścieżka dźwiękowa świetnie akcentująca węzłowe punkty fabuły, zdjęcia Paryża dorównujące odrealnioną urokliwością folderom turystycznym, wartka narracja (w przeciwieństwie do nieco rozwlekłej książki), sporo humoru, no i stroje, stroje, stroje… I to od tych największych: Lagerfelda, de la Renty, Prady…

Ten sielankowy obraz ulega jednak pewnemu zmąceniu, gdy przyjrzeć się filmowi Frankela uważniej. Nieprzypadkowo wszak Weisberger opatrzyła swą powieść ostrzegawczym mottem z „Waldena”. W filmie owa nuta dystansu i zdrowego sceptycyzmu wobec perypetii bohaterów została zachowana. Nie chcąc zbyt daleko odchodzić od książkowego pierwowzoru, reżyser musiał poświęcić nieco uwagi tzw. drugiej stronie medalu, która z komedią niewiele ma wspólnego. (więcej…)

„Szósty zmysł”, czyli Dziady Shyamalanowskie

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie/ Co to będzie, co to będzie?” – ten słynny dwuwiersz z Mickiewiczowskich „Dziadów” zdaje się idealnie oddawać atmosferę, panującą w tzw. filmach grozy. Pochodzenie gatunku określanego mianem „horror” jest przecież romantyczne. To wszak na przełomie XVIII i XIX wieku pojawiły się w kulturze europejskiej tzw. powieści gotyckie, to właśnie wówczas w malarstwie prawo obywatelstwa uzyskały mgliste pejzaże i tajemnicze ruiny kościołów, to wreszcie wtedy poeci zaczęli z nieznaną wcześniej intensywnością penetrować irracjonalne obszary ludzkiej natury. Modne stały się też tzw. opowieści niesamowite, których tematem często była śmierć i życie pozagrobowe.

„Szósty zmysł” M. Nighta Shyamalana jest właśnie taką „opowieścią niesamowitą”, tyle że napisaną przy pomocy kamery. Klasycznym horrorem nazwać ten film raczej trudno, choć zawiera kilka scen, mogących wzbudzić autentyczny strach. Nieco mroczny, ponury nastrój to zasługa muzyki i przede wszystkim znakomitych zdjęć Taka Fujimoto. Świat w „Szóstym zmyśle” pozbawiony jest słońca. Dominują ciemne, chłodne barwy: czerń, różne odcienie szarości, stalowo-sine błękity. Kadry są lekko „przydymione”, trochę nieostre. Wszystko to sprawia wrażenie, jakby akcja toczyła się gdzieś na pograniczu między rzeczywistością a zaświatami, co zresztą znajduje po części odzwierciedlenie w fabule. (więcej…)