„Bejeweled 3”, czyli o niespodziewanych pożytkach z wizyty w domku Barbie

„Diamonds Are A Best Girl’s Friend” – śpiewała w filmie „Mężczyźni wolą blondynki” Marilyn Monroe, a jej blond koafiura i ogniście różowa suknia posłużyły być może za inspirację do powstania pierwszej lalki Barbie, która pojawiła się na rynku kilka lat później. Wspominam o tym dlatego, że kiedy moim oczom po raz pierwszy ukazała się strona startowa gry „Bejeweled 3”, poczułem się jakbym właśnie przekroczył próg wirtualnego barbie-domku. Kiczowate różowości, równie kiczowato połyskujące klejnoty i ogólna kolorystyczna „słitaśność” sprawiły, że z moich staroświeckich męskich trzewi wydobyło się ciężkie westchnienie. „I po co ja mam w to grać? Żeby się zgenderyzować?” – pomyślała część mojej duszy odpowiedzialna za tożsamość płciową. „Całe szczęście, że kupiłem w dużej przecenie” – pocieszyła ją zaraz inna część, o której wstydliwie bijąc się piersi mogę napisać, że ma co nieco wspólnego z niejakim Ebenezerem Scroogem. „Jak już kupiłem, to muszę zagrać. Ma się zmarnować?” – wsparła ją natychmiast kolejna, o której wyznawcy metempsychozy z pewnością powiedzieliby, że należała kiedyś do jakiegoś drobnomieszczanina. „Aaaa popykam trochę, może nie jest tak źle, jak się wydaje na pierwszy rzut oka?” – odezwała się całkiem rozsądnie jeszcze jedna, przez którą zapewne bywam czasem posądzany o uzależnienie od gier (oczywiście całkowicie niesłusznie…). Koniec końców zagrałem, a garść moich wrażeń prezentuję poniżej…

       „Obsypany (lub obsypana) klejnotami 3” – albowiem tak chyba należy przetłumaczyć tytuł „Bejeweled 3” – jest dziełem firmy „PopCap Games”, znanej głównie z produkcji gier tyleż lekkich, łatwych i przyjemnych, co bardzo popularnych, wydawanych oprócz głównych platform (PC, PS, XBOX) także na urządzenia mobilne, np. telefony komórkowe. Już samo to świadczy, że zarówno sterowanie, jak i tzw. głębia rozgrywki nie będą wymagały wielogodzinnego studiowania niuansów, tudzież testowana różnych strategii i taktyk. Rzeczywiście, moja pecetowa wersja gry angażuje wyłącznie palec wskazujący prawej dłoni, obsługujący lewy klawisz myszki, a zasad całego gameplaya można się nauczyć w kilka lub kilkanaście minut (na wszelki wypadek nie wspomnę, ile mnie to zajęło…).

        Jeśli wierzyć znawcom gatunku najważniejsze reguły gry nie zmieniły się w porównaniu z dwoma poprzednimi wydaniami „Bejeweled”. Znów bawimy się na planszach składających się z sześćdziesięciu czterech pól, na których musimy tak przesuwać różnokolorowe klejnoty w pionie i poziomie, by utworzyły rządki trzech lub więcej (a im więcej, tym lepiej) identycznych kamieni (można je też zresztą układać w literę „T” lub „L”). Gdy to się uda, rządek znika powiększając zarazem nasz dorobek punktowy, a puste pola zostają wypełnione przez klejnoty, spadające z pól położonych wyżej, które z kolei wypełniają się błyskotkami nadlatującymi gdzieś jubilerskiego nieba, rozpościerającego się poza zasięgiem „wzroku” monitora.

Czyż ten widoczek nie jest, hmmm…, śliczny?

        Nie jestem koneserem tego typu gier, ale zaryzykuję twierdzenie, że twórcy starali się urozmaicić gameplay tak dalece, jak tylko to możliwe. Na przykład w zależności od długości i kształtu utworzonej przez nas sekwencji jednokolorowych kamieni można uzyskać kryształy specjalne, które albo efektownie wybuchają, albo przy pomocy jeszcze efektowniejszych błyskawic likwidują wszystkie inne danej barwy, albo też porażają wirtualnym prądem całe rzędy planszy w pionie i poziomie. Największy „łoskot” ma jednak miejsce wówczas, gdy uzyskamy błyskotkę pod nazwą „Supernova”, która zmiata z planszy największą liczbę klejnocików. Jak dotąd, tylko raz mi się to udało. Powiem krótko – był „czad”! Na tym jednak nie koniec. W „Bejeweled 3” zawarto bowiem aż osiem trybów gry (cztery są dostępne od razu, a cztery trzeba odblokować). Powstrzymam się wszakże od ich szczegółowego opisywania, by nie psuć przyszłym graczom tzw. efektu niespodzianki. Ograniczę się jedynie do stwierdzenia, że każdy z nich wymusza inny styl gry, nie pozwalając umysłowi popaść w rutynę.

        Celowo użyłem szlachetnego rzeczownika „umysł”. Pozornie bowiem „Bejeweled 3” to tzw. gra casualowa. Jednak kiedy chcemy osiągnąć w niej rezultaty wyraźnie lepsze od przeciętnych, nie obejdzie się bez wysiłku szarych komórek, które muszą przewidzieć konsekwencje każdego kliknięcia na dwa lub trzy ruchy w przód. Niestety (lub czasem „stety”) nawet najinteligentniejsze kombinowanie nie stanowi stuprocentowej recepty na sukces. W „Bejeweled 3” niezwykle ważny bywa też dar spostrzegawczości i błyskawicznego refleksu, gdyż w niektórych trybach gry musimy intensywnie ścigać się z czasem. Poza tym nieustannie daje o sobie znać czynnik losowy (nigdy nie wiemy, jakie kamienie gra dorzuci na planszę w kolejnej turze), który potrafi zarówno zniweczyć nasze misterne strategie, jak i uratować skórę w sytuacji, kiedy czekamy już tylko na to, aż głęboki, męski głos obwieści nam w słuchawkach lub głośnikach – „Game Over”.

        Ów męski, głęboki głos oraz kilka innych pomysłów (np. wielce uroczy tryb ratowania kryształowych motylków przez złowrogim pająkiem) nasycają „Bejeweled 3” dyskretnym, jakby lekko autoironicznym humorem, dzięki czemu przyjemność obcowania z tą grą dodatkowo się powiększa.

         Właściwie w grze „PopCap Games” tylko tryb „Zen” nie przypadł mi do gustu. Jak sugeruje nazwa ma on wprowadzać gracza w stan relaksującej medytacji, która akurat w tym wypadku bardziej kojarzyła mi się z mentalną drętwotą i otępieniem. Natomiast rozlegający się w słuchawkach równomierny oddech do spółki z wibrującym buczeniem zamiast układać moją znękaną duszę na wirtualnym posłaniu z puchu budził raczej zniecierpliwienie, co nieodmiennie skutkowało szybką zmianą trybu gry na taki, który relaksujący był nie tylko de nomine, ale i de facto.

        Pod względem oprawy wizualnej i muzycznej produkt „PopCap Games”, jak to się dziś często mówi, „daje radę”. Kolejne plansze są wprawdzie bardzo statyczne, przypominając zarazem kolorystyczną cukiernię, w której nawet ściany lepią się od lukru, jednak z czasem – przynajmniej mnie – przestało to przeszkadzać. Tym bardziej, że przewodni motyw muzyczny łatwo wpada w ucho i – podobnie jak reszta ścieżki dźwiękowej – buduje sympatyczne tło rozgrywki. Twórcy przewidzieli też system odznak – dla piszącego te słowa rzecz miła, bo dodaje motywacji do gry i śrubowania własnych rekordów. Jako zwolennik rywalizacji chętnie zobaczyłbym w „Bejeweled 3” także rankingi sieciowe, gdzie mógłbym porównać, jak wypadam na tle innych graczy. Niestety tym razem ich zabrakło (są jedynie rankingi „osiągnięć” w steamowej wersji gry). Może znajdą się w „Bejeweled 4”, którą (oczywiście po stosownych przecenach) chętnie dołączę do swojej kolekcji.

RdR

Gra dla wszystkich (no, może trzeba trochę znać angielski, ale naprawdę tylko trochę).

Jako zwolennik dobrych obyczajów w tradycyjnym znaczeniu tego pojęcia, lojalnie uprzedzam, że komentarze zawierające wulgaryzmy, bluźnierstwa, treści obsceniczne, podsycające złe emocje lub mające na celu znieważenie jakiegokolwiek Gościa tego bloga albo jego gospodarza nie będą publikowane. Z góry dziękuję za zrozumienie.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s