„Przeklęta góra”, czyli Kafka po chińsku

Scenariusz do tego filmu mógłby napisać Franz Kafka, gdyby zamiast kreować somnambuliczne wizje, tworzył w poetyce realizmu. W „Przeklętej górze” atmosfera absurdalnego w swej grozie zaszczucia i równie absurdalnej, a zarazem rozpaczliwej bezwyjściowości jest wyjątkowo sugestywna. Ten film zdumiewa i jednocześnie poraża. To, co u Kafki było tylko onirycznym symbolem i mroczną metaforą, tu staje się niemal namacalne i niepokojąco konkretne za sprawą reżyserskiego kunsztu Yanga Li i talentu aktorskiego młodziutkiej Lu Huang. „Przeklętą górę” oglądałem bez przyjemności. Za to ze ściskającym się coraz bardziej sercem i po raz pierwszy od wielu miesięcy z poczuciem, że obcuję z dziełem, którego twórca rzeczywiście ma mi coś ważnego do powiedzenia.

            Akcja filmu toczy się w północnych Chinach na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Bai Xuemei, świeżo upieczona absolwentka studiów, nie może znaleźć pracy. A jej rodzice – pieniędzy na wykształcenie młodszego brata córki. Bai jest dobrą dziewczyną, więc postanawia pomóc rodzinie finansowo. „Zapomina” o swoich zawodowych aspiracjach, wywindowanych zapewne dość wysoko przez fakt ukończenia wyższej uczelni i przystaje na ofertę pewnej firmy, oferującej dobry zarobek przy zbiorze ziół. Na szczęście praca jest sezonowa, inaczej osobie wychowanej w dużym mieście zapewne trudno by było przetrwać w zagubionej gdzieś w górach wiosce, która poziomem cywilizacyjnym nieco tylko przewyższa nasze swojskie Taplary. W Taplarach było jednak – mimo wszystko – wesoło. W ich chińskim odpowiedniku – bynajmniej. Bai podstępnie odurzona środkiem nasennym na kilka godzin traci świadomość, a kiedy ją odzyskuje nie ma już ani pieniędzy, ani dokumentów. Przedstawiciele firmy oferującej pracę też gdzieś się ulotnili. Ku swemu przerażeniu dziewczyna dowiaduje się za to, że… została żoną jednego z wieśniaków, który kupił ją za siedem tysięcy juanów. Dalsza część filmu stanowi przejmujący zapis kolejnych prób odzyskania wolności przez Bai i coraz bardziej bezwzględnych działań lokalnej społeczności w celu zatrzymania dziewczyny. Zza kulis głównego wątku stopniowo wyłania się również obraz życia miejscowych ludzi. Trudno nie odnieść wrażenia, że reżyser Yang Li pokazuje nagie fakty, o których słyszał lub które zaobserwował. Gdyby na jego miejscu był reżyser Wojciech Smarzowski pewnie jako finezyjną metaforę tutejszych stosunków zobaczylibyśmy wybijające z donośnym bulgotem szambo. Yang Li ogranicza się do pokazania fragmentów ubranka niedawno narodzonej dziewczynki, pływających w pobliskim stawie. Bo dziewczynki często się tu topi zaraz po porodzie. Będą mieć mniej sił do pracy od chłopców i nie opłacają się finansowo. Taniej jest już kupić żonę dla syna, kiedy przyjdzie odpowiednia pora.

             Bo, choć gdzieś daleko w Pekinie rządzi partia komunistyczna, to tu, w górach – niczym w Balzakowskim Paryżu – władcą absolutnym jest pieniądz. Można nie umieć czytać i pisać, ale obliczanie zysków i strat bez oglądania się na wyrzuty sumienia autochtoni mają we krwi. Kto tego nie akceptuje, prędzej czy później opuszcza wioskę. Z wyjątkiem oczywiście zakupionych żon, które egzystują na prawach ludzkich samic przeznaczonych do rodzenia synów, no i poza tym muszą się zwrócić zanim się zamortyzują.

             Można by odnieść wrażenie, że „Przeklęta góra”, poruszając problem, który w chwili premiery filmu był w Chinach źle widziany przez cenzurę, jest dziełem publicystycznym, reportersko-interwencyjnym z zacięciem feministycznym. Można mu też zarzucić banał, gdyż porusza temat wielokrotnie eksploatowany. Nic bardziej mylnego. Publicystyka i interwencyjność dochodzą u Yanga Li do głosu jedynie „przy okazji”. Na pierwszym planie jest opowieść o walce o wolność i godność. Dzięki talentowi reżysera i prowadzonej przezeń aktorki – opowieść jedyna w swoim rodzaju. Owszem, wszystko już w sztuce było: wojna, przyjaźń, zdrada, miłość, nienawiść etc. etc. Prawdziwego artystę poznaje się jednak m.in. po tym, że historię, która zdarzyła się już różnym ludziom mnóstwo razy, potrafi pokazać jakby zdarzyła się po raz pierwszy. Wszak każdy doświadczył jej trochę inaczej, nieprawdaż? Albo się ma ów dar, który pozwala to dojrzeć i ukazać innym, albo nie – i wówczas uprawia się „postmodernistyczną grę z gatunkami” albo inne „kino kulturowej transgresji”.

             W filmie poza jednym krótkim songiem, który słyszymy bodaj ze trzy razy (włączając napisy końcowe) nie ma muzyki. Zdjęcia majestatycznej, chwilami bardzo pięknej, choć zawsze surowej, górskiej przyrody podkreślają milczącą obojętność natury wobec ludzkich dramatów, rozgrywających się niejako „na jej oczach”. Dobrze ilustruje to angielskie tłumaczenie tytułu („Blind Mountain”). Polski przekład niestety poszedł w nieco inną, bardziej „wartościującą” stronę. Szkoda, bo w filmie Yanga Li malowane kamerą pejzaże skąpanych w słońcu pól i porośniętych lasami górskich masywów pojawiają się często, jakby sugerując, że sposób życia miejscowych ludzi stanowi fragment odwiecznego ładu miejscowej natury. Nie przypadkiem główna bohaterka określa więżących ją wieśniaków mianem „zwierząt”. Taki po prostu panuje tu porządek rzeczy. I – co w kraju komunistycznej dyktatury dość zaskakujące – nawet przedstawiciele oficjalnych władz czują się wobec niego bezradni. Zaś upór w dążeniu do jego naruszenia może się oczywiście skończyć tylko tragicznie. Jak u Kafki.

RdR

Film rekomenduję tylko widzom dorosłym. Po pierwsze temat bardzo poważny i sposób jego ukazania chwilami drastyczny, z czego nie czynię zarzutu, bo widać, że reżyser nie goni za sensacją, ale dba o realizm. Kilka scen bicia i niewolenia kobiety przez grupę mężczyzn. Jedna realistyczna scena erotyczna, prawie bez nagości. Jedna równie realistyczna i wstrząsająca w swej „reżyserii” scena gwałtu, podczas której widać niemal całkowicie obnażoną ofiarę.

Reklamy

17 comments

  1. Witaj!

    Film zdecydowanie nie dla mnie, chociaż nie odmawiam mu walorów, zwłaszcza, że opisałeś jego wymowę, tło, etc, bardzo ciekawie. Niemniej cieszę się, że znowu publikujesz. 🙂

    Pozdrawiam serdecznie 🙂

  2. Witaj Barbaro z krainy kangurów. Przez kilka ostatnich miesięcy raczej nie miałem warunków do pisania bloga. A i nic mnie jakoś nie zainspirowało na tyle, by pobudzić wenę. Ja również się cieszę, że wciąż tu zaglądasz. Wkrótce zajrzę do Ciebie.

    Trzymaj się 🙂

    1. A u mnie dla odmiany zmian było zatrzęsienie, więc jakby cio – żeby nie było, że nie uprzedzałam
      ^ ^ Dobrze wiedzieć, że nie porzuciłeś bloga. Byłoby szkoda, niewielu jest w blogosferze panów potrafiących dobrze pisać. 🙂

      ps. nie piszę tego, żeby się przypodchlebić. Odwiedzam tylko te strony, których lektura wnosi coś ciekawego, inspiruje mnie. Lubię szeroki horyzont a nie wąską szufladę. Dla bylejakości nie tracę czasu. ;D

      Pozdrawiam serdecznie 🙂

      1. Dziękuję za miłe słowa. Byłem na Twoim blogu, przeczytałem ostatni tekst. Chciałbym zamieścić komentarz, w związku z tym mam pytanie – czy można to zrobić nie zakładając konta na „Google +”?

  3. Romeusie,, Pozwól, że mój komentarz będzie po trochu off-topową, „postmodernistyczną grą z gatunkami”.

    Żeby jednak wprowadzić chociaż trochę tradycyjnego porządku, będę pisał i wklejał go w punktach. Jest ich aż siedem. Razem ponad 4 tys.znaków. 🙂 Na początek. Pogrupuję, żeby nie robić sieczki.
    Jestem doprawdy zdruzgotany swoim wodolejstwem. Dobrze, że nie przekroczyłem długości Twojego wpisu. Ale mało brakowało 🙂

    1. Na początek dygresja.
    Otóż, jak jeszcze bywałem na technicznych konferencjach Microsoft’u (TechNet), miałem swojego ulubionego referenta. Zwykle wybierałem tematy konferencyjne zgodnie ze swoimi zainteresowaniami, ale dla niego robiłem wyjątek. Mówił czasem o rzeczach zupełnie mi obojętnych., Ale ON mnie interesował. I nigdy mnie nie zawiódł.

    2. Recenzja zamiast Filmu. Czy tak można?
    Filmu zapewne nie zobaczę. Ale sama lakoniczna, arcy-romeusowa, ostra, jak szpada Zorro’a fraza narysowała delikatną kreską, zamiast znaku Z, chiński znak – „śmierć chińskiego mandaryna”. Jakby klasyczna chińska sztuka kaligrafowała smoka, a w istocie nie jest on wcale taki piękny! To przecież POTWÓR! To jest już dostatecznie bolesne. Nie mam siły na film…

  4. 3. To Twoje spostrzeżenie, że sztuka opowiada ciągle tę samą historię po swojemu, w nowy, odkrywczy sposób …
    … jest celne. To prawda, …ale nie cała.

    Dziś w jakimś „poprawnym” radiu reklamowali Tytusa Karpowicza (1915 – sprawdziłem, ale to na razie jedyny plus niewątpliwy). Nie znam. Odróżnia go podobno od innych pisarzy polskich, że on opisuje świat „my”, oni zaś – świat „ja”.

    Czy świat „ja” może być „krwisty i trzewiasty” i może nie miauczeć?

    Wydaje się, jeśli się nie mylę , że opisujesz właśnie pozytywny przypadek „ja”, czyli mężną (?) walkę z potworem w pojedynkę. To jeszcze bardziej godne podziwu. Są również epopeje bohaterów zbiorowych, również wysokiego lotu, nieprawdaż?

    4. Egzotyka i eskapizm czy prawdziwa sztuka? A może … jedno i drugie?

    Czasem … hmmm …. jednak dajemy się ponieść … egzotyce? Bo zaczynam dostrzegać pewną Twoją predylekcję do wschodnich klimatów. 🙂

    Bez urazy. Na pewno jest wprost przeciwnie !
    Uświadamiamy sobie (na ten przykład), że nasza sztuka znajduje się w skrajnym upadku „miałczenia”. Albo zajmuje się „postmodernistyczną grą z gatunkami”. Czasem wznosi się powyżej suteryny produkowania „kontrowersyjnych, nonkonformistycznych” skeczy.

    A sztuka odległych światów jeszcze potrafi wypłynąć na głębię i chlusnąć prawdziwą krwią z samych trzewi. Nie ketchupem.

    Ściska się serce na myśl, jakie potworne rzeczy dzieją się w dalekich Chinach.

    Powtórzę, żeby nie było nieporozumień.
    Sama Twoja recenzja jest już dostatecznie bolesna. Nie mam już siły na film…
    Chociaż wolałbym mieć pewność, że to nie jakiś chiński Kosiński. Pamiętasz jeszcze? Walił ostrym, jak węgierska papryczka czereśniowa, literackim ketchupem. A w życiu dopadły go prawdziwe demony – dżiny – zabójcy. Nie w słoiku a w banalnej folii. Skoro są możliwe konfabulacje antypolskie malowane ptakami i pokłosiem, to dlaczego nie mogą być możliwe antychińskie? Mamy pewność?

    1. ad. 3

      Moim zdaniem ważne jest nie tyle, czy artysta opisuje „świat ja”, czy „świat my”, lecz to, czy rzeczywiście ma coś do powiedzenia. Czy rzeczywiście coś naprawdę przeżył, czy ma jakiś rzeczywisty bagaż (choćby duchowych) doświadczeń, którymi chce się podzielić. Jednym słowem – czy nie udaje. Jeśli czytam Pilcha „Pod mocnym aniołem” (o ile dobrze pamiętam tytuł) to w miarę lektury mam coraz silniejsze przekonanie, że autor tak naprawdę nie ma nic do powiedzenia. Jeśli natomiast czytam Prousta „W stronę Swanna” to choć autor pozornie pisze o niczym, w rzeczywistości ma bardzo wiele do powiedzenia. Nie jest wewnętrznie pusty, nie kalkuje bieżących mód artystycznych, nie uprawia jakiś dziwnych zabiegów formalnych, żeby ukryć jałową ziemię swego wnętrza. Przeciwnie – ma niezwykle bogaty (choć specyficzny) duchowy świat i ja mu wierzę, że mnie „nie oszukuje” (co nie znaczy, że muszę się z nim zgadzać – to inna kwestia). Tymczasem wielu współczesnych twórców nie dość, że nie ma nic do powiedzenia to jeszcze nawet o tej „nicości” często nie potrafi opowiedzieć.

      ad.4

      „Egzotyka i eskapizm czy prawdziwa sztuka? A może … jedno i drugie?” Sam sobie odpowiedziałeś, drogi Krisie. Luksus prowadzenia bloga polega m.in. na tym, że człowiek nie musi się dostostosowywać do linii redakcyjnej, oczekiwań czytelników, presji wydawcy czy sponsorów. Pominąwszy uwarunkowania życiowe ograniczające moją literacką aktywność, piszę tylko wówczas, gdy coś naprawdę wyrwie z codziennej rutyny moje serce lub umysł (a najlepiej jedno i drugie). Kiedy coś na moment „zatrzyma czas” i przeniesie mnie w „inny wymiar” (nawet jeśli dotyka spraw współczesnego „tu i teraz”). Tak było kiedyś z filmem Anity Gargas, tak jest teraz z „Przeklętą górą”. Mniej jest ważne kto mówi, a bardziej, żeby mówił „całym sobą”, bez udawania. W tym kontekście zaryzykuję tezę, że autor „Przeklętej góry” nie jest Kosińskim. Jego film został w Chinach „okaleczony” przez kilkanaście interwencji cenzorskich, reżyser musiał też dokręcić bardziej optymistyczną wersję zakończenia przeznaczoną na wewnętrzy rynek DVD. Cztery lata po realizacji filmu światowe media obiegła informacja, że w jednej tylko prowincji Chin uwolniono blisko 4 tysiące kobiet siłą „sprzedanych na żony”. „Malowany ptak” od początku mógł budzić pewien sceptycyzm „artystowską” ostentacją w inscenizowaniu makabry i „okropności”. U naszego Chińczyka w ogóle tego nie ma. Naprawdę drastycznych scen jest bardzo mało. Zdecydowanie dominuje quasi-dokumentalna stylistyka „wczesnego Kieślowskiego”, tyle że w realiach wiejskich.

      1. Twoja odpowiedź do punktu 3 jest wyjątkowo zgodna z moim podejściem.
        I zasłyszana reklama Tytusa ostatecznie zostaje pogrążona, jako nieistotna. Dzięki.

        Twoja żarliwa obrona włąsnego „eskapizmu” natomiast całkowicie mnie uspokoiła i …nawet zawstydziła.
        Ale jest mi teraz lżej, pozbyłem się wątpliwości. Mówisz tylko o tym, o czym jesteś przekonany i uważasz na zagrożenia. To nie Kosiński. Taką miałem nadzieję, ale wolałem się upewnić.
        A zbawienne skutki filmu a także inne, podane przez Ciebie fakty tworzą kapitalny kontekst, którego trochę brakowało. A więc wydobyłem go mimowolnie z Ciebie jako bonus tej recenzji!

        Ośmielę się twierdzić, że dołączony fragment na ten temat do głównego tekstu recenzji uczynił by ją bardziej przekonującą. To uwiarygadnia film i daje mu świadectwo owej prawdy, o której piszesz porównując pożal się Boże Pilcha do Prousta. Ufff. Ale to bardzo przekonujące, plastyczne zestawienie mrówki i słonia 🙂

  5. 5. Test wrażliwości i etyki. Znasz?

    Nie pamiętam już, kto to sformułował. Pytanie było takie: czy zgodził byś się, żeby twoje marzenie o powodzeniu, szczęściu i beztrosce spełniło się za cenę życia tylko jednego nieznanego ci, zupełnie nieważnego mandaryna? On sobie dyskretnie umrze gdzieś Chinach i nigdy w życiu więcej o nim nie usłyszysz?
    Taki postmodernistyczny „zakład Fausta”.
    Dla katolika to test banalny. Sumienie NIE JEST jego prywatną sprawą. Ale dla człowieka, który myśli, że niektóre podłości pozostaną po wsze czasy jego słodką tajemnicą i wystarczy cztery Z: Zaliczyć, Zapić, Zaczekać, żeby Zapomnieć – to test niezmiernie trudny i wydaje się, że jego pomyślne przejście jest właściwie kwalifikacją na świętego…

    Różnica perspektywy.
    Jedna z największych i najmniej widocznych różnic między ludźmi… No i to rozczarowanie: nie da się zrealizować tych czterech Z! A właściwie ostatniego: Nie da się zapomnieć!

    To jedno nawiązanie wątku ewentualnej naszej dalszej rozmowy. Jeśli znajdziesz czas.
    Teraz drugie.

    1. Chyba nie do końca rozumiem, o co Ci chodzi. Najogólniej – wrażliwość na inne, niekatolickie „punkty widzenia” jest rzeczą dobrą, pomaga rozumieć innych ludzi. Istnieje jednak taka granica, za którą owa wrażliwość staje się de facto relatywizmem i przywoleniem na „etykę sytuacyjną”, a to już domena Złego. Co innego rozumieć jak działa „system motywacyjny” innych, a co innego aprobować go bez zastrzeżeń w imię źle pojętej „wrażliwości”. Różnica perspektywy nie niweluje obiektywnego prawa naturalnego, zapisanego w KAŻDYM sumieniu.

      1. Faktycznie, chyba niejasno i niezgrabnie wkomponowalem ten tekst do swojej mowy trawy.
        To właściwie była dygresja mająca uwydatnić odległość świata Wschodu od naszej wrażliwości etycznej. I jej „zaściankowość”.
        Ten cytowany z pamięci test miał demaskować naszą pozorną wyższość etyczną a nie traktować owego „mandaryna”, jak kogoś o „gorszej” etyce.

        Nie chodzi w tym przykładzie o wrażliwość (właściwą czy nie) na niekatolickie punkty widzenia, tylko uniwersalność miłosierdzia – obowiązującego również w stosunku do „mandaryna” w Chinach.

        Być może dzisiaj ten przykład stał się w ogóle nieczytelny, bo to stało się oczywiste? Co za różnica, gdzie jest czlowiek? Globalizacja ogarnęła również miłosierdzie?
        Ten mój passus stał się niespodziewanie testem mentalności następnego pokolenia.
        Które nie odróżnia „Mandaryna w Chinach” od bezdomnego w Pacanowie. To zaskakujący i błogosławiony skutek globalizacji. A to ci niespodzianka!

  6. 6. Słoń a sprawa polska

    Przyjmuję (za Romeusem), że ta „Niewidoma Góra” – to jest właśnie przypadek „prawdziwej krwi, głębi i trzewi” i jest to artystycznie przedstawiona prawda a nie z talentem wykreowane kłamstwo z tezą antychińską, a la Kosiński-Kapuściński et consortes. Ta straszna lokalna społeczność nie daje mi spokoju, bo budzi niedobre skojarzenia… Z drugiej strony jest przedziwną, nieładną pociechą, że z tym pokłosiem i sąsiadami – to nie tylko my….Nie jesteśmy tacy najgorsi…

    I radbym Twojego zdania, czy się mylę w pewnej kwestii. Nie stać mnie jeszcze na wpis na ten temat, ale … pomożesz? Bo zacząłem i wyszło miauczenie 🙂

    Czy opis „Układu Zamkniętego” był równie krwisty, głęboki i miał podobnych, imponujących bohaterów?

    Bo właśnie opisałeś sugestywnie coś głębokiego (a więc wielkiego), prawdziwego i czystego.
    I podobno nie jest to umyty słoń.

    To zróbmy porównanie. Tu też pokazani są ludzie zmagający się z potworem. Realia bliższe, mamy możliwości weryfikacji prawdopodobieństwa psychologicznego, społecznego i politycznego. Mamy też wymagania odnośnie do prawdziwego bohatera, godnego wielkiego dzieła, a nie kolejnego reportażu publicystycznego.

    Pisałeś, że wierzysz komuś i sam sprawdzisz.
    I jak?
    Im dłużej o tym myślę, tym to pytanie wydaje mi się bardziej retoryczne, ale poczekam.

    Reszty komentarza na razie nie wklejam. Ryzykuję, że uznasz to pytanie na tym wątku za – nie na temat. Dlatego obiecuję, że uzasadnię jego związek z tematem. Chociaż nie jest ścisły, ale „postmodernistycznie” luźno związany.

    7. Czy dalszy ciąg nastąpi?
    Ciekaw jestem, czy bardzo go będę przerabiał. Ćwiczenie powściągliwości 🙂

    1. Niestety, nie obejrzałem jeszcze „Układu zamkniętego”. Na chodzenie do kina kompletnie nie mam czasu, a poza tym trochę się zniechęciłem, bo o ile pamiętam pisałeś, że ten film jest nieco na bakier z realizmem. Trudno mi więc porównywać bohaterów obu dzieł. W każdym razie główna bohaterka „Przeklętej góry” nie jest jakimś typem „świętej męczennicy”, czy westernowej „jedynej sprawiedliwej”. To zwykła dziewczyna, nie ukrywająca zresztą pogardy i rosnącej nienawiści dla swoich oprawców. W przeciwieństwie do nich jednak ma jeszcze świadomość własnej ludzkiej godności. Obserwacje reżysera potwierdziła rzeczywistość, o czym pisałem powyżej. Proceder handlu żywym towarem był i chyba wciąż jest w Chinach dość powszechny. Traktowanie kobiet jak niewolnic do rodzenia synów to chyba również dość wyraźny rys tamtej kultury, podobne ujęcie pojawia się np. w innym, jeszcze słynniejszym chińskim filmie „Zawieście czerwone latarnie” (przy okazji polecam). Pytanie – jacy muszą być ludzie aprobujący i uczestniczący w tego typu przedsięwzięciach? Sugerujesz, że reżyser mógł im zrobić jakąś przykrość? Dlaczego nie wstawisz się za ofiarami? Wracając jeszcze do reżysera… Facet ma 54 lata. Zrealizował dotąd… 2 filmy. Jest pieszczoszkiem władzy jak dwaj panowie K.?

      1. ” o ile pamiętam pisałeś, że ten film jest nieco na bakier z realizmem.”
        Niezupełnie to miałem na myśli. Raczej zarzucam mu brak głębi
        Miałem nie dające się odeprzeć wrażenie oglądania jakiejś „Galerii”.
        Takiej bardziej ę i ą.
        I kreowanie jako bohaterów – takich lepszych Miałczyńskich, którzy są bardziej prawdziwi, bo coś jednak robią, nie miauczą bez powodu. I nie są nieudacznikami, tylko naiwniakami, wylatującymi na pierwszym zakręcie, bo nie udało im się obłaskawić Potwora. Może na następnym?

        Ten film zapoznaje dość standardową prawdę, że KAŻDY człowiek PRAWDZIWEGO sukcesu pokonał WIELKI UCISK.

        Nie chcę usprawiedliwiać Potwora.
        Ale Potwór nie wymaga usprawiedliwienia. Potwór – to Potwór.

        To jednak rozczarowuje.
        Może jednak to nie wina scenariusza, który jest prawdziwy (artystycznie jednak to jeszcze nie wszystko, bo są różne piętra prawdy) po prostu rozczarowuję się nie tyle filmem, co „średnią socjologiczną” warstwy upper middle we współczesnej Polsce?

        Trzymam się kurczowo nadziei, że żyją wśród nas ciągle przyszłe Inki i Pileccy.
        I kampania obrzydzania ich pierwowzorów nie zniechęci ich.

        Skoro na razie nie mogę liczyć na dyskusję – analizę porównawczą, to poczekam.

        Nie kontestuję już walorów filmu, „Niewidoma Góra” (tł. tytułu – Kris) ponieważ Twoje argumenty są przygniatające.
        Gwarantujesz to i uzasadniasz – jego wiarygodność, głębię, realizm, prawdę psychologiczną i artystyczną powściągliwość.

        Cieszę się więc, że je wywołałem.To mój sukces. 🙂

        Może nawet się skuszę? 🙂 To dopiero sukces recenzencki! Takiego sceptyka!

        Czuję się już jednak, jakbym film obejrzał 🙂 A następnie został nakarmiony deserem duchowym Romeusa:)
        Dzięki!

  7. Znowu coś z funkcjonalnością odpowiedzi nie za bardzo… 😦

    Kris:

    „A zbawienne skutki filmu, a także inne, podane przez Ciebie fakty tworzą kapitalny kontekst, którego trochę brakowało. A więc wydobyłem go mimowolnie z Ciebie jako bonus tej recenzji! Ośmielę się twierdzić, że dołączony fragment na ten temat do głównego tekstu recenzji uczyniłby ją bardziej przekonującą.”

    Romeus:

    Masz zupełną rację drogi Krisie i dziękuję, żeś mnie pociągnął za język i musiałem dopisywać „kontekst”. Starałem się trzymać „dwóch stron maszynopisu” i to i owo wyciąłem z pierwszej wersji tekstu. Tymczasem dodatkowe pół strony by nie zaszkodziło, a wręcz przeciwnie.

    1. @ Romeus – „Znowu coś z funkcjonalnością odpowiedzi nie za bardzo”
      Wydaje się, że istnieje jakieś ograniczenie na zagnieżdżanie odpowiedzi w „podwątku”.
      Faktycznie szkoda, bo można by porządkować tematycznie dyskusję a tak chyba jeszcze bardziej się gmatwa. Z moim dzielnym udziałem (w gmatwaniu).

      To już lepiej po prostu odpowiadać na dole i odwoływać się do cytatów. 🙂

      Na przyszłość będę ostrożniejszy. 🙂
      Ale nie zniechęcajmy się tylko przystosowujmy.

      1. „Ale nie zniechęcajmy się tylko przystosowujmy.”

        Cóż, w tej sytuacji nie ma chyba innego wyjścia jak „dobry” konformizm… 🙂

Jako zwolennik dobrych obyczajów w tradycyjnym znaczeniu tego pojęcia, lojalnie uprzedzam, że komentarze zawierające wulgaryzmy, bluźnierstwa, treści obsceniczne, podsycające złe emocje lub mające na celu znieważenie jakiegokolwiek Gościa tego bloga albo jego gospodarza nie będą publikowane. Z góry dziękuję za zrozumienie.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s