RSS

Tryptyk ruandyjski (3)

29 lut

            „Musi pan sobie odpowiedzieć na jedno pytanie… Czy wciąż chce pan żyć?” Od tych słów zaczyna się akcja filmu Rogera Spottiswoode’a „Podać rękę diabłu”, któremu chcę poświęcić kilka słów, kończąc zarazem mój „Tryptyk ruandyjski”. Scenariusz powstał na kanwie książki wspomnieniowej „Shake Hands With The Devil” generała Roméo Dallaire’a, szefa wojsk ONZ podczas ludobójstwa w Ruandzie wiosną 1994 roku. Publikacja kanadyjskiego oficera nie została przetłumaczona na polski, można ją jednak – inwestując nieco determinacji i funduszy – w naszym kraju kupić. Od razu wyznam, że mnie tej determinacji zabrakło i pamiętników Dallaire’a nie czytałem. Znam je jedynie z różnych internetowych recenzji i omówień. Wniosek, jaki płynie z tych ostatnich wydaje się jednak dość oczywisty – film nie odbiega zanadto od literackiego oryginału.

           Reżyser rozpisał fabułę na ciąg długich retrospekcji, do których pretekstem jest rozmowa gen. Dallaire’a z psychoterapeutką. Nieliczne sceny w gabinecie lekarskim zrealizowano jednak – przynajmniej moim zdaniem – w nazbyt  „teatralnej” konwencji, przez co sprawiają wrażenie trochę sztucznych, choć zapewne potrzebnych reżyserowi jako „klamry”, spinające intrygę w zgrabną i zrozumiałą dla widza całość.

            Grający Roméo Dallaire’a Kanadyjczyk Roy Dupuis (u nas znany choćby z serialu „Nikita”) pasuje do roli idealnie. Podobieństwo fizyczne obu  panów jest uderzające. Poza tym filmowy Dallaire ma w sobie coś ze szlachetnego bohatera dawnych westernów, wszelako bez właściwych łatwej dydaktyce, „czarno-białych” uproszczeń. Jest typowym „twardym facetem”, człowiekiem czynu, silnym psychicznie, potrafiącym zachować zimną krew w sytuacji kryzysowej, poczuwającym się do odpowiedzialności za swoich podkomendnych. Całkiem dobrze wpisuje się też w topos „ostatniego sprawiedliwego”, który wobec przewagi liczniejszego przeciwnika, nie rozumiany, czy wręcz opuszczony przez własnych zwierzchników, postanawia przeciwstawić się złu, a przy okazji uratować własne człowieczeństwo w świecie szalejącego wokół bestialstwa. Z drugiej strony to człowiek nie pozbawiony wrażliwości, zarówno na piękno, jak i ludzką krzywdę. Z narastającym poczuciem winy i bezsilności zmaga się głęboko w swoim wnętrzu, na zewnątrz przyoblekając maskę „silnego dowódcy”. Ową wewnętrzną batalię, tyleż heroiczną, co beznadziejną, ukazał Dupuis w sposób bardzo wiarygodny i przejmujący. Jest to moim zdaniem najsilniejsza strona filmu Spottiswoode’a.

            Jednak są i inne. Zdjęcia polskiego emigranta Mirosława Baszaka nie tylko rozpościerają przed oczami widza wizualne inferno okrucieństwa i cierpienia, nie tylko przekonująco dokumentują galerię ludzkich zachowań poddanych presji terroru, ale również w kilku dyskretnych ujęciach ukazują piękno ruandyjskiej przyrody, spowite poranną mgłą góry, bujność tropikalnej roślinności. Powie ktoś, że to niepotrzebne,  estetyzujące dodatki, niestosowne w zestawieniu z tragiczną tematyką filmu. Według mnie jednak ich obecność pozwala owej tematyce wybrzmieć jeszcze mocniej – nadaje jej znamiona absurdalnego kontrastu, niemal bluźnierstwa wobec natury, niejako zapraszającej ludzi do życia na miarę jej piękna.

            Silną stronę dzieła Spottiswoode’a stanowi też muzyka skomponowana przez sławnego Australijczyka Davida Hirschfeldera (niestety, o ile wiem, nie wydano jej na CD), w którą wpleciono kilka utworów afrykańskich artystów (np. otwierający film wspaniały song “Jammu Africa” w wykonaniu Senegalczyka Ismaëla Lô).  Motywem przewodnim, który co pewien czas – w różnych zresztą wariacjach – przewija się przez cały film jest kompozycja pt. „Kaya”, napisana wspólnie przez Hirschfeldera i południowoafrykańskiego wokalistę i multiinstrumentalistę Valangę Khozę. Ta pełna żałobnego dostojeństwa i melancholijnej zadumy pieśń idealnie podkreśla duchowy klimat „Podać rękę diabłu”, a zarazem pełni rolę bardzo dyskretnie towarzyszącego widzowi emocjonalnego „przewodnika”. To również dzięki niemu w miarę oglądania filmu Spottiswoode’a narastało we mnie uczucie całkowitego zespolenia z tym, co widziałem i słyszałem na ekranie. Aż do stanu kompletnego „wyłączenia się” na otaczający mnie realny świat.

            Po ostatnim „tasiemcu” („Brama”) obiecałem sobie, że tym razem napiszę krótko – w zgodzie z blogową konwencją. Dlatego wspomnę tylko jeszcze o zawartych w „Podać rękę diabłu” polonicach. O zdjęciach autorstwa Mirosława Baszaka już napomknąłem. Widzów o wyostrzonym słuchu zachęcam do oglądania filmu Spottiswoode’a w skupieniu, a wówczas zapewne wychwycą „w tle” fragmenty dialogów w naszej mowie ojczystej. Wśród postaci epizodycznie pojawiających się na ekranie znalazł się też Stefan Stec (gra go Mark Anthony Krupa), major Wojska Polskiego, za ofiarność w ratowaniu ruandyjskich cywili z narażeniem życia odznaczony Krzyżem Zasługi za Dzielność. Niestety, podobnie jak gen. Dallaire, za służbę w Ruandzie zapłacił tzw. zespołem stresu pourazowego. O ile jednak kanadyjski oficer – z trudem, ale jednak – uniknął śmierci, o tyle majorowi Stecowi to się nie udało. Zmarł 25 września 2005 roku w Hadze w wieku czterdziestu jeden lat. Jeśli chcecie o nim poczytać nieco więcej, zapraszam choćby tu.

            Kończąc, nie potrafię sobie odmówić przytoczenia dłuższego cytatu, który podczas pisania tego tekstu niespodziewanie podsunęła mi pamięć, a który – śmiem twierdzić – choć w nieco zaskakujący sposób, to jednak przybliża stan ducha gen. Dallaire’a i wiernych mu żołnierzy podczas ruandyjskich „żniw śmierci” wiosną 1994 roku:

„Leżałem w słońcu, sprytnie zaszyty w łańcuchu górskim, jaki tworzy piasek naniesiony wiatrem na krańcu plaży. Są to góry piaskowe, wydmy, obfite w przełęcze, zbocza, doliny, labirynt obły i sypki, gdzieniegdzie porosły krzakiem wibrującym pod nieustannym parciem wiatru. Zasłaniała mnie spora Jungfrau, szlachetnie kubiczna, wyniosła — ale o dziesięć centymetrów od mojego nosa rozpoczynał się wicher, sieczący bez wytchnienia Saharę, paloną słońcem. Żuki jakieś — nie wiem, jak je nazwać — pracowicie snuły się po tej pustyni w celach niewiadomych. I jeden z nich, nie dalej niż na odległość mojej ręki leżał do góry nogami. Wiatr go przewrócił. Słońce piekło mu brzuch, co zapewne było wyjątkowo nieprzyjemne zważywszy, że ten brzuch zwykł zawsze pozostawać w cieniu — leżał przebierając łapkami i wiadomo było, że nic innego mu nie pozostaje jak tylko to monotonne i rozpaczliwe przebieranie łapkami — i już omdlewał, po wielu może godzinach, już konał.

Ja, olbrzym, niedostępny mu swoim ogromem, który to ogrom czynił mnie dla niego nieobecnym — przyglądałem się temu machaniu… i, wyciągnąwszy rękę, wydobyłem go z kaźni. Ruszył naprzód, przywrócony w jednej sekundzie życiu. Zaledwie to uczyniłem, ujrzałem trochę dalej identycznego żuka, w identycznym położeniu. I wymachiwał łapkami. Nie chciało mi się ruszać… Ale — dlaczego tamtego uratowałeś, a tego nie?… Dlaczego tamten… gdy ten?… Uszczęśliwiłeś jednego, drugi ma się męczyć? Wziąłem patyk, wyciągnąłem rękę — uratowałem. Zaledwie to uczyniłem, ujrzałem nieco dalej identycznego żuka, w identycznym położeniu. Przebierającego łapkami. A słońce paliło mu brzuch. Czyż miałem przemieniać moją sjestę w karetkę Pogotowia dla konających żuków? Ale zanadto już zadomowiłem się w tych żukach, w ich wymachiwaniu cudacznie bezbronnym… i chyba zrozumiecie, jeśli już zacząłem to ratowanie, nie miałem prawa zatrzymać się w dowolnym miejscu. Byłoby zbyt straszne wobec tego trzeciego żuka — zahamować akurat na progu jego klęski… zbyt okrutne i niemożliwe jakieś, nie do popełnienia… Ba! Gdybyż pomiędzy nim a tymi, których wybawiłem, była jakaś granica, coś co mogłoby upoważnić mnie do zaprzestania — ale właśnie nie było nic, tylko dalszych dziesięć centymetrów piasku, ciągle ta sama przestrzeń piaskowa, ,,trochę dalej” wprawdzie, ale tylko ,,trochę”. A przebierał łapkami tak samo! Jednakże rozejrzawszy się, ujrzałem ,,trochę” dalej jeszcze cztery żuki, wymachujące i palone słońcem — nie było rady, wstałem w całym ogromie swoim i uratowałem wszystkie. Poszły.

Wtedy oczom moim ukazał się stok lśniąco-gorąco-piaszczysty sąsiedniego zbocza, a na nim z pięć lub sześć punkcików wymachujących: żuki. Pośpieszyłem z ratunkiem. Wybawiłem. I już tak sparzyłem się z ich męką, tak bardzo w nią wsiąkłem, że widząc opodal nowe żuki na równinach, przełęczach, w wąwozach, ową wysypkę torturowanych punkcików, jąłem po tym piasku ruszać się, jak oszalały, z pomocą, z pomocą, z pomocą! Ale, wiedziałem, to nie może trwać wiecznie — wszak nie tylko ta plaża, ale całe wybrzeże, jak okiem sięgnąć, było nimi usiane, więc musi nadejść moment, w którym powiem ,,dość” i musi nastąpić ten pierwszy żuk nie uratowany. Który? Który? Który? Co chwila mówiłem sobie ,,ten” — i ratowałem go nie mogąc się zdobyć na tę straszną, nikczemną prawie arbitralność — bo i dlaczego ten, dlaczego ten?”

                                                                       (Witold Gombrowicz – „Dziennik 1957-1961”)

David Hirschfelder&Valanga Khoza – “Kaya” 

RdR

Film zawiera sceny brutalnej przemocy (aczkolwiek bez ostentacyjnego realizmu) oraz liczne ujęcia jej efektów (ludzka rozpacz, stosy zakrwawionych ciał, odrąbane kończyny, gnijące trupy w wodzie itp.). W dialogach – sporo rasistowskiej nienawiści, agresji, wyzwisk (choć również bez przesadnej wulgarności, przynajmniej w polskim tłumaczeniu, bulwersujący jest raczej pełen nienawiści ton, aniżeli konkretne słowa).

 
Leave a comment

Posted by w dniu Luty 29, 2012 in film

 

Tagi: , , , ,

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.