RSS

Brama

30 sty

(Uwaga! Tekst poniższy nie jest recenzją w klasycznym rozumieniu tego słowa, lecz raczej rodzajem medytacji, w której ujawniam 80% fabuły filmu „Wiosna, lato, jesień, zima… i wiosna” (łącznie z zakończeniem), a nawet sugeruję ciąg dalszy. :-) Jeśli więc ktoś z Szanownych Czytelników chciałby ową produkcję obejrzeć nie tracąc „efektu niespodzianki”, niech poniższego (na razie :-) ) nie czyta. Zaprezentowany tu mini-esej miał swoją premierę miesiąc temu w internetowym kwartalniku „Humanistyka”, którego główna część poświęcona była ascezie i do którego lektury przy okazji szczerze zachęcam (link znajdziecie patrząc nieco na prawo od tego miejsca, w moim dziale „Archipelag”). Cytowane przeze mnie wypowiedzi mistrza buddyzmu zen Seung Sa Nima pochodzą z artykułu „Sutra Serca z komentarzem Seung Sa Nima”, zamieszczonego na witrynie „Sangha Zen Kannon Gdańsk”.)

       Ilekroć myślę o ascezie (choć przyznaję, że nie zdarza mi się to często) moja pamięć przywołuje cytat z “Elementarza etycznego” Karola Wojtyły: “Nie wolno mniemać, iż asceza polega na ucieczce od życia. Wręcz przeciwnie, ma ona człowiekowi zapewnić pełnię życia przez doskonałe opanowanie najtrudniejszych jego dziedzin. Przez ascezę ma człowiek właśnie wejść we wszystkie wartości i przeżywać je w ich największej prawdzie, bez złudzeń i bez rozczarowań”. Chciałoby się rzec – „w tych trzech zdaniach jest wszystko”. Prostota, jasność i pewność (nie mylić z uproszczeniem, powierzchownością i naiwnością). A także – wiarygodny duchowy drogowskaz, obietnica odkrycia sensu życia i nadzieja egzystencjalnego spełnienia (dziś nieco bałamutnie nazywanego „samorealizacją”). „Bóg jest prosty” – napisała kiedyś w internetowej dyskusji pewna mądra kobieta, odpowiadając na podszyte pyszałkowatą ironią zarzuty gnostyckiego erudyty i poligloty. „Świętość jest prosta” – powiedział mi kiedyś mój spowiednik. A przecież ten „prosty” Bóg stworzył wszechświat, którego misterna i skomplikowana budowa wciąż stanowi wyzwanie dla milionów naukowców. A przecież owa „prosta” świętość wymaga znajomości subtelnych poruszeń i nieraz solidnie powikłanych ścieżek ludzkiej duszy, „rozeznawania duchów”, demaskowania sytuacji, kiedy – jak mówi św. Paweł – „szatan przybiera postać anioła światłości”. Jak pogodzić te skrajności? Jak zniwelować napięcie między nimi? A może tego napięcia wcale nie ma, jest tylko wykwitem naszego umysłu, który nie potrafi być prosty?

       O filmie „Wiosna, lato, jesień, zima… i wiosna” koreańskiego reżysera Kim Ki Duka wielokrotnie pisano, że jest ascetyczny, zarówno w formie jak i treści. Niewiele w nim się dzieje, a jeszcze mniej mówi. A jednak – co również przyznawało wielu krytyków i komentatorów – film ów jest wyjątkowej urody metaforą ludzkiego życia; „odwieczną archetypową historią”, powtarzającą się w miliardach biografii; egzystencjalnym zwierciadłem, w którym mogą odnaleźć swoje oblicze wyznawcy wszystkich religii i reprezentanci wszystkich kultur. W miarę pogłębiania analizy dzieło Kim Ki Duka ujawnia kolejne pokłady znaczeń, symboliczne nawarstwienia buddyjskich wierzeń, semantyczną mozaikę zogniskowaną wokół przedmiotów, zwierząt i obiegu pór roku. A jednak to wciąż ten sam film. Z pozoru tak prosty, że czasem posądzany o nudę, przewidywalność i banał. Na czym więc polega jego ascetyczność? Na tym, że prawie nie ma fabuły i dialogów? Na tym, że opowiada o życiu buddyjskiego mnicha i jego wychowanka? A może na tym, że przy pomocy niezwykle oszczędnych środków stara się przedstawić wspomnianą przez Karola Wojtyłę „pełnię życia”, tudzież stanowi lekcję przeżywania jej w możliwie „największej prawdzie”? „Wąskie drzwi wiodą daleko w głąb” – powiada wschodnie przysłowie.

       Zamiast drzwi jest brama. Oddziela dwa światy. Malowidła na jej zewnętrznej stronie przedstawiają muskularne postacie, jakby nagle zatrzymane podczas gorączkowego ruchu. W wyrazie ich oczu, w grymasie na twarzach można dopatrzyć się wybujałych namiętności: gniewu, zazdrości, pożądania, pychy… Po drugiej stronie bramy – przeciwnie. Dwie ludzkie figury pogrążone w medytacji. Zamknięte oczy, na twarzach wyraz skupienia. Spokój i harmonia. Z punktu widzenia zdrowego rozsądku brama wydaje się absurdem. Po jej bokach nie ma żadnych ścian, stoi na skraju lasu i jeziora, stanowiąc osobliwe „wejście” na niewielką przystań. Niepraktyczny, irytujący dziwoląg. Na szczęście mało kto zapuszcza się w te odludne strony… Druga, mniejsza brama (a właściwie drzwi) znajduje się w niewielkim domku-świątyni, zbudowanym na pływającej po jeziorze samotnej tratwie. W domku mieszka buddyjski mnich wraz z małym chłopcem (najprawdopodobniej sierotą). Mnich wprowadza malca w arkana pustelniczego życia, uczy go samodyscypliny, harmonijnego współistnienia ze światem przyrody, sztuki medytacji. Zgodnie z nakazami buddyzmu codziennie toczy ze sobą ascetyczną walkę, by wyzbyć się wszelkich pragnień, nieuchronnie prowadzących do cierpienia. Jednak spojrzenie go zdradza. Kiedy w ramach kary za popełnione zło chłopiec wspina się na wzniesienie z przywiązanym do pleców kamieniem, w oczach „Przenajświętszego” (jak tytułują duchownego rzadcy goście) na moment pojawia się lęk, czy mały nie zrobi sobie krzywdy. Po chwili lęk ustępuje miejsca uldze.

       „Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu” – napisał kiedyś Antonie de Saint-Exupery. „Gdy jej dusza wyzdrowieje, zniknie również choroba ciała” – tłumaczy mnich zatroskanej matce, która przyprowadziła na tratwę swą córkę, cierpiącą na nieznaną dolegliwość. W kipiącym namiętnościami „świecie ludzi” trudno dostrzec prawdziwe oblicze duszy. Do tego trzeba wytrwałej ascezy, dzięki której otwierają się wewnętrzne, duchowe oczy. Asceza zaś jest jak nieustanne przechodzenie przez bramy i drzwi ustawione tam, gdzie wg „zdrowego rozsądku” być ich nie powinno. W „świecie ludzi” takie drzwi i bramy są co najwyżej przyczyną wzruszenia ramion. Przynajmniej do czasu, kiedy tymi ramionami nie wstrząśnie płacz.

       „Najsłabszą ze wszystkich słabych rzeczy jest cnota nie zahartowana w ogniu”. Tym razem to Mark Twain. Przechodzenie przez bramę może wejść w nawyk i nie sprawiać kłopotu, dopóki w okolicy nie pojawi się naprawdę silna pokusa. Nastoletni wychowanek mnicha, chcąc w nocy przekraść się do posłania dziewczyny, usiłuje – jak co dzień – otworzyć drewniane drzwi. Te jednak nie dość, że głośno skrzypią, to jeszcze blokuje je ciało śpiącego obok „Przenajświętszego”. Niewiele myśląc młodzieniec obchodzi drzwi dookoła. Ogień płonie. Z każdym dniem mocniej. Coraz trudniej odgadnąć jego naturę – przelotna fascynacja; prawdziwa miłość; nieokiełznana żądza zdrowego wilczka, który pierwszy raz w życiu ujrzał młodą samicę? Stary mnich nie ma wątpliwości – „żądza prowadzi do pragnienia posiadania, a pragnienie posiadania do morderstwa”. Lecz jego słowa są jak kawałki pergaminu wrzucone w buzujące płomienie. Brama znów się otwiera, roztaczając przed młodzieńcem radosną perspektywę połączenia z ukochaną kobietą, dla duchownego zaś inicjując czas weryfikacji, czy rzeczywiście pragnie dążyć tylko do nirwany. Pierwszy z nich posmakował już owoców ascezy, ale nie jest jeszcze pewien jej wartości. Drugi zaś wie, że zrobił dla swego wychowanka wszystko, co powinien. Jest spokojny, jakby przeczuwał, że konfrontacja ze „światem ludzi” to niezbędny etap na drodze do doskonałości.

       Przed nakręceniem „Wiosny…” Kim Ki Duk przez dwa lata praktykował medytację i studiował buddyzm. Jego wcześniejsze filmy zasłynęły, oprócz walorów artystycznych, drastycznymi scenami seksualnych perwersji i okrucieństwa. W „Wiośnie…” prawie nie ma po nich śladu, nie licząc obrazów dręczonych zwierząt i dwu wizualnie mocnych świadectw żywiołowego, młodzieńczego erotyzmu. Nie burzą one jednak zbytnio klimatu całości, który – przynajmniej piszącemu te słowa – udzielił się właściwie od pierwszych minut tego niezwykłego filmu. Klimat ów można bez przesady określić mianem medytacyjnego lub momentami wręcz kontemplacyjnego. Poważny (lecz zamierzony przez reżysera i uzasadniony fabularnie) zgrzyt pojawia się dopiero po około godzinie projekcji. Z początku aż trudno uwierzyć, że trzydziestoletni wychowanek „Przenajświętszego” to ten sam człowiek, którego oglądaliśmy jako dziecko i nastolatka. Teraz miota się i krzyczy. Próbuje nawet targnąć się na własne życie. Podobnie „bluźnierczo” zachowują się przybyli za nim na tratwę policjanci, którzy z nudów urządzają sobie w pewnej chwili… zawody strzeleckie.

       Dla mocno sędziwego już mnicha nadchodzi czas ostatecznej próby. Wie, że traci swego wychowanka, którego kochał jak syna (twarz starca ponownie go zdradza) tym razem bezpowrotnie. Buduje na łódce rytualny stos, siada na nim i szczelnie zakleja wszystkie otwory na głowie kawałkami materiału z napisem oznaczającym „zamykanie”. Zbliżenie na twarz-maskę. W miejscu, gdzie były oczy coraz wyraźniej rysują się plamy wilgoci…

       Niczego nie pragnąć, od wszystkiego się oderwać, zgasić płomyk własnego „ja”… Czyż upragniona przez wielu nirwana nie jest w istocie pułapką? Pustką bez dna? Nie odczuwa się w niej cierpienia, lecz zarazem nie odczuwa się również niczego więcej: radości, współczucia, miłości. Bo przecież, by doświadczać każdego z tych uczuć lub stanów niezbędna jest jakaś forma przywiązania. A przywiązanie jest konsekwencją, mniej lub bardziej świadomego, pragnienia. Nirwana zaś to stan „bez-pragnienia”. Czy zatem cała sztuka nie polega na tym, by pragnienia i wynikające z nich przywiązania oczyścić i ułożyć we właściwej hierarchii? „Przez ascezę ma człowiek właśnie wejść we wszystkie wartości i przeżywać je w ich największej prawdzie, bez złudzeń i bez rozczarowań”. „Elementarz etyczny” Karola Wojtyły. Złudzeń i rozczarowań unikamy zaś wówczas, gdy po ludziach, zjawiskach i rzeczach spodziewamy się dokładnie tego, co są w stanie zaoferować. Natomiast głębokie zrozumienie i praktykowanie wartości ma miejsce nie wtedy, gdy dokonujemy duchowej amputacji wszystkich pragnień, lecz wtedy, gdy wyzbywamy się pragnień z tymi wartościami sprzecznych. I tylko nich.

       Czy jednak nirwana jest kresem buddyjskich wtajemniczeń? Znawcy tematu powiedzą zapewne, że zależy to od „szkoły” buddyzmu. Do której z nich należy filmowy mnich? W jednej ze scen nakazuje on swojemu uczniowi wyryć na deskach tratwy tekst sutry „Prajnaparamita”, znanej też jako „Sutra Serca”. Zdaniem Seunga Sa Nima, mistrza buddyzmu zen, w sutrze tej twierdzi się, że nirwana bynajmniej nie stanowi kresu duchowej doskonałości człowieka. Po niej są jeszcze dwa etapy. Pierwszy z nich to „Annutara Samjak Sambodhi”, co w sanskrycie oznacza „najwyższe doskonałe oświecenie”. Seung Sa Nim tak je charakteryzuje: „Jeśli osiągniesz prawdziwą pustkę, to jest to tylko nirwana. To jest doświadczenie całkowitej stałości i błogości: nie ma podmiotu ani przedmiotu, nie ma dobra ani zła, nie ma przychodzenia ani odchodzenia, nie ma życia ani śmierci. Nie ma nic do osiągnięcia. (…) Jeśli osiągniesz “nie osiąganie”, osiągniesz prawdę. Twój umysł jest pusty i czysty jak przestrzeń. To znaczy, że umysł odbija jak lustro: jeśli góra pojawi się przed lustrem, jest tylko góra; pojawia się woda, wtedy jest tylko woda; pojawia się czerwone, lustro odbija czerwone; białe przychodzi – białe. Niebo jest niebieskie, drzewo jest zielone. Pies szczeka, “hau, hau!” Cukier jest słodki. Wszystko co widzisz, słyszysz, wąchasz, smakujesz, dotykasz i wszystko, o czym myślisz, jest prawdą takie, jakie jest. Nirwana oznacza osiągnąć pustkę, w której nie ma niczego do osiągnięcia. Annutara Samjak Sambodhi oznacza użyć doświadczenia pustki do osiągnięcia prawdy. Z pustym umysłem odzwierciedlać ten świat, takim, jaki jest. To jest Buddyzm Mahajany i Wielka Droga Bodhisattwy.”

       Mam nadzieję, że nie wygłaszam herezji, ale czytając powyższy fragment przyszło mi na myśl, że podobnie musieli postrzegać świat nasi prarodzice – Adam i Ewa. Jeszcze zanim nadali nazwy roślinom i zwierzętom. Zanim w swych umysłach oblekli rzeczywistość w formy językowe, tworząc podwaliny kultury. Zanim popełnili grzech pierworodny…

       Jednak „Annutara Samjak Sambodhi” to wciąż nie koniec. Jak twierdzi Seung Sa Nim „samo osiągnięcie prawdy nie wystarczy, ponieważ nasze doświadczenie prawdy musi funkcjonować dla innych osób z chwili na chwilę. Sutra kończy się napomnieniem do działania: Gate, gate, paragate, parasamgate, bodhi svaha. Ta mantra oznacza utrzymywanie umysłu w tym momencie, który jest Wielką Miłością i Wielkim Uczuciem.
       To jest droga bodhisattwy. Kiedy działasz ze wszystkimi istotami, Wielka Miłość pojawia się sama z siebie. Wspólne działania to po prostu działanie w harmonii z chwili na chwilę. To jest także pokój na świecie. Tylko rób to. Tylko rób to. Kiedy ktoś jest spragniony, daj mu pić. Gdy ktoś jest głodny, daj mu jeść. Jeśli cierpiąca osoba pojawi się przed tobą, tylko pomagaj, bez myślenia, bez sprawdzania. (…) To jest prawdziwe znaczenie Sutry Serca.”

       A zatem asceza wiodąca do oczyszczenia się z wszelkich pragnień i przywiązań de facto prowadzi do ich sublimacji, całkowicie pozbawionego interesowności, pychy i egoizmu wydoskonalenia. Prawda jest prosta, dobro jest proste, świętość jest prosta. Czy to jeszcze buddyzm czy już chrześcijaństwo?
       Testament łez starego mnicha. Nieme świadectwo, którego nikt nie odczyta. Wstydliwie zakryte nawet przed błękitem nieba i zielenią drzew poczucie klęski. Bo nawet Wielka Miłość i Wielkie Uczucie mistrza nie uchroniły wychowanka przed wejściem na drogę zbrodni, a przy okazji pozbawiły starca jedynego oparcia w chwili, gdy potrzebował go najbardziej. Świat po drugiej stronie bramy okazał się silniejszy, przebieglejszy, brutalnie zwycięski.

To wszakże jeszcze nie koniec tej historii…

       Po latach brama oddzielająca dwa światy znowu się otworzy. Na zaniedbaną tratwę powróci jej „marnotrawny syn”. Niedługo potem kobieta o zasłoniętej twarzy przyniesie niemowlę. Podczas ucieczki utonie, przypadkiem wpadając do przerębli, w której nowy mistrz odbywał codzienną toaletę. Pustelnik odbędzie pokutę, dużo cięższą niż ta z okresu dzieciństwa. Następnie zajmie się wychowywaniem i kształceniem osieroconego chłopczyka. Gdy ten dorośnie, zacznie powtarzać dawne grzechy swego guru. Niby te same, a jednak cięższe, bardziej okrutne. Koło Samsary wykona kolejny obrót, choć na drodze jakby nieco bardziej wyboistej niż dawniej. Brama na skraju jeziora i lasu zapewne znów się otworzy. Nastolatek ucieknie do „świata ludzi”, goniąc za kuszącą iluzją. Czy i on znajdzie w sobie siłę, by wrócić?

RdR

       Jak już wspomniałem powyżej w filmie (na początku i końcu) znajdują się sceny dręczenia zwierząt, w części pt. “Lato” są dwie realistyczne sceny erotyczne. Niestosowne dla młodszych odbiorców mogą być też dwie sceny przedstawiające samobójstwo (w tym jedno rzeczywiście dokonane).

 
19 Comments

Posted by w dniu Styczeń 30, 2012 in film

 

Tagi: , , , ,

19 odpowiedzi na „Brama

  1. mumonkan

    Luty 9, 2012 at 11:30 am

    Wiele tych bram w zen. Ale skoro nie ma nic, co trzeba by przekroczyć, ani nikogo kto przekracza, po co brama? Przechodź, przechodź :)

     
    • Romeus

      Luty 9, 2012 at 9:24 pm

      Drogi Mumonkan! Ten komentarz jest jak haiku. Muszę trochę pogłówkować zanim odpowiem. A może pomedytować? :-)

       
      • mumonkan

        Luty 10, 2012 at 12:05 am

        Pogłówkować?

        Mnich zapytał Fuketsu: “Nie słowami, ale i nie milcząc, jak możesz wyrazić prawdę?”
        Fuketsu zauważył: “Wciąż pamiętam wiosnę w południowych Chinach. Ptaki śpiewały wśród niezliczonych gatunków pachnących kwiatów.”

         
  2. Romeus

    Luty 10, 2012 at 10:31 am

    Ale dlaczego tak sobie wszystko komplikować? Czyż słowa albo milczenie to złe środki do wyrażania prawdy? Przecież i tak wszystko zależy od tego, czy tę prawdę osiągnęliśmy, zrozumieliśmy, czy w jakikolwiek inny duchowy sposób posiedliśmy (zakładając oczywiście, że jest to możliwe i dzieje się faktycznie, a nie tylko nam się wydaje). Potem wystarczy jedynie dołożyć starań, by “odpowiednie dać rzeczy słowo” (lub “znacząco milczeć”).

    Poza tym Fuketsu posłużył się jednak słowami. Bo jak inaczej i w sposób jasny (“milczenie” to jednak trudniejszy “język”) wyrazić prawdę “na zewnątrz”? Dla samego siebie wyraził ją “poza słowem i milczeniem”, czyli wspomnieniem, w którym obraz łączy się z całym bogactwem uczuć, doznań lub innych stanów ducha, których doświadczył, kontemplując “wiosnę w południowych Chinach”.

    Wiem, że mój “analityczny” komentarz brzmi dość barbarzyńsko na tle pięknego haiku, ale czyż nie można do tej samej prawdy dążyć różnymi ścieżkami?

     
    • mumonkan

      Luty 10, 2012 at 3:15 pm

      Każdy koan zen jest na swój sposób przewrotny. Kiedy nie możemy milczeć,ani mówić, a nasz mistrz żąda odpowiedzi (historia buddyzmu zen zna przypadki, kiedy uczeń był przynaglany do odpowiedzi kijaszkiem), nasz racjonalny intelekt, jak komputer “zawiesza się” i wtedy, o ile jesteśmy zaawansowani w medytacji, pojawia się….no właśnie, najlepsze słowo jakie znam to SUNYATA (PUSTKA, nie mylic z nicością). Wtedy, czy wyrazimy ją słowem, gestem, czy milczeniem, nie ma znaczenia.

      Zresztą oddam głos Dogenowi:

      Studiować Ścieżkę Buddy, to studiować siebie.
      Studiować siebie to zapomnieć o sobie.
      Zapomnieć o sobie, to być oświeconym przez dziesięć tysięcy dharm (rzeczy).
      Być oświeconym przez dziesięć tysięcy dharm, to wyzwolić ciało i umysł, swoje i innych

       
  3. Romeus

    Luty 10, 2012 at 8:49 pm

    Dziękuję za przekład z jezyka zen na język racjonalnego intelektu (niektórzy moi internetowi znajomi – chyba słusznie – twierdzą, że jestem przezeń dość mocno “sformatowany” :-) ). Teraz wszystko widzę jaśniej.

    Jak rozumiem owe “dziesięć tysięcy dharm” to pewien symbol, odnoszący się do – powiedzmy – natury rzeczywistości. Że taki typ, “oświecenia” może “wyzwolić” ciało i umysł medytującego – mogę sobie wyobrazić, ale jak “wyzwala” on owych “innych”, którzy przecież (przynajmniej w dużej części) nie medytują? A może jest to sformułowanie przewrotne, oznaczające w istocie “postrzeganie innych” przez tego, kto doznał “oświecenia”?

     
  4. ewagriusz

    Luty 10, 2012 at 9:23 pm

    Ciekawa rozmowa:-). Ale na razie tylko “posłucham”.

     
  5. mumonkan

    Luty 10, 2012 at 11:50 pm

    W zen przywołuje się tutaj często nastepujący obraz. Jeśli natura rzeczywistości jest morzem, to my i inni jesteśmy jak fale. W doświadczeniu oświecenia ta dwoistość zostaje przekroczona. Fala rozpływa się, a w jej miejsce morze doświadcza siebie jako fali. Doświadcza siebie w jedności z obiema i jako jedności obu. Wszystko jest falą i morzem jednocześnie. Wszystko jest formą wyrazu jednej rzeczywistości. Tak naprawdę więc nie ma “ja” i “innych”:)

     
  6. Romeus

    Luty 13, 2012 at 11:20 am

    Do Ewagriusza

    “Słuchanie” – rzecz piękna, ale w razie czego nie krępuj się i przyłącz do rozmowy, bo kompetencji – jak domniemywam – Ci nie brak. :-)

     
  7. Romeus

    Luty 13, 2012 at 11:42 am

    Do Mumonkan

    Nie jestem znawcą mistyki ani medytacji, ale wydaje mi się, że owo doświadczenie jedności bytu (materialnego i duchowego) jako czegoś “dobrego” i “prawdziwego” jest obecne również w dużo bliższej mi tradycji medytacji chrześcijańskiej. Choć medytacja to chyba w tym wypadku nieprecyzyjne określenie, bardziej kojarzy się z rozważaniem jakiejś prawdy wiary lub fragmentu Biblii. “Kontemplacja” bardziej tu pasuje.

    Zastanawia mnie, jak częste doświadczanie stanu owej “jedności” wpływa na postrzeganie przez medytującego własnej tożsamości. My katolicy wierzymy w istnienie nieśmiertelnej duszy w każdym człowieku, co w tym wypadku stanowi jakąś barierę ochronną przed dezintegracją osobowości. A tę z kolei uznajemy za coś niepowtarzalnego i bardzo wartościowego, w dużej mierze konstyuującego “godność człowieka”. Buddyzm ze swą wiarą w reinkarnację niesie w sobie – moim zdaniem – ryzyko rozmycia własnej tożsamości, co może mieć – negatywne jak sądzę – skutki w wymiarze jednostkowym, jak i społecznym (ludźmi mniej świadomymi siebie łatwiej manipulować). Czy nie jest tak, że doświadczenie “rozpływania się w bycie” zwielokrotnia jeszcze niebezpieczeństwo utraty wrażliwości i uwiąd dobrze pojętej “miłości własnej” i “miłości bliźniego”?

     
  8. mumonkan

    Luty 14, 2012 at 12:35 am

    Drogi Romeusie, skoro juz mowa o medytacji chrześcijanskiej, to przyznam szczerze,że nie umiem tutaj nie dostrzec pewnych analogii do medytacji dalekowschodniej :)
    Weźmy choćby metodę modlitwy z IX i X z Rozmów Jana Kasjana. Powtarzanie formuły modlitewnej (np. Maranatha, Abba lub Jezus) bliskie jest przecież medytacji z koanem lub mantrą. Ba, współczeni nauczyciele medytacji chrześcijańskiej (Main, Freeman) wprost tę formułę nazywają mantrą. Ale to na marginesie. Jestem przekonany, że w medytacji chrzescijanskiej, czy raczej kontemplacji, również dochodzi do zatacenia “ja”, swoistego porzucenia ego, tyle tylko, że na drodze poznawania Boga. Przyznam,że moim ulubieńcem zawsze był Mistrz Eckhart, który twierdził, że Bóg nie jest oddzielony od wszystkich rzeczy,ponieważ On jest we wszystkich rzeczach i jest bardziej wewnątrz nich, niż one same w sobie. Drogą do Jego poznania, miało być oderwanie,które u Eckharta zmierza, jak mi się wydaje, do tego samego ogołocenia duszy, co oczyszczenie umysłu w zen. Na końcu tej ścieżki, jak mówi z kolei św. Jan od Krzyża, relacja Boga i człowieka, staje się podobna do tafli szklanej i promieni słonecznych: gdy słońce świeci jasno, a okno jest czyste, nie widać już szkła, lecz promienie słoneczne. W najwyższej kontemplacji, nie doświadcza się zatem własnego ja, lecz jedynie Boga. Czy to prowadzi do dezintegracji osobowości, utraty wrażliwości? Nie sądzę. Przypuszczam tylko, że takie ubóstwo wewnętrzne i zjednoczenie jest celem i sensem życia wewnętrznego. Czy coś innego w ogóle nam wystarczy?

    P.S.
    Czytelników, którzy mniemali,że jestem buddystą, przepraszam za zaistniałe nieporozumienie:)))

     
  9. Romeus

    Luty 15, 2012 at 9:57 am

    Drogi Mumonkan!

    Skoro nie jesteś buddystą to – rzecz jasna – muszę wycofać się z części mojej poprzedniej wypowiedzi. Co do analogii obydwu rodzajów medytacji to – jak napisałem – również je dostrzegam (ewentualnie się ich domyślam). Nie potrafiłbym jednak tak erudycyjnie i elegancko uzasadnić owego mniemania jak Ty to zrobiłeś, za co jestem wdzięczny.

    Przy okazji pozwolę sobie na odrobinę duchowego ekshibicjonizmu i napomknę, że czasem nawiedza mnie coś w rodzaju tęsknoty (marzenia, pragnienia), która dałaby się streścić następującymi słowami: “Ech, roztopić się całkowicie w Bogu!” Mam zarazem niejasne przeczucie, że dopiero wówczas moje niepowtarzalne i jedyne “ja” znalazłoby całkowite spełnienie i absolutne szczęście.

    Pozdrawiam serdecznie!

     
  10. Kris

    Marzec 21, 2012 at 8:23 pm

    Drogi Romeusie,
    Trochę się stęskniłem i wpadłem. :)
    Po ostatniej “rozróbie” Cejrowskiego mam niejakie wątpliwości, jak to jest z tym buddyzmem.
    Zawsze miałem pewien dystans. Twoja piękna medytacja trochę mnie rozbroiła i “zalegalizowała” moje ekumeniczne nastawienie.

    Teraz znów się nieco nastroszyłem.
    Nic nie było w filmie o demonach?

    Pozdrawiam.

     
    • ewagriusz

      Marzec 22, 2012 at 10:59 pm

      Krisie,

      A jak ma być z buddyzmem? Może lepiej zapytać jakiegoś buddystę?

      Nb. spluwanie, nawet symboliczne, to czyste chamstwo, czyż nie?

       
  11. Kris

    Marzec 21, 2012 at 8:26 pm

    O matko, co znaczy ta wschodnio wyglądająca ikona przy moim komentarzu?
    Jakież tu są mozliwości kształtowania urzekającego sztafarzu :)

     
  12. Romeus

    Marzec 22, 2012 at 6:42 am

    Krisie drogi!

    Miło, że wpadłeś. Ja się ostatnio słabo udzielam “publicznie”, bo – jak to mówił bodaj jeden z bohaterów Barei – “zarobiony jestem”. Na niwie zawodowej, ale też i rodzinnej (bo muszę się chyba mocniej przyłożyć do moich obowiązków męża i ojca). Jako, że się nie udzielam, nie wiem, co tam z tym Cejrowskim. :-)
    Co do ekumenizmu… Znasz mnie już trochę i wiesz, że w tych sprawach dość jestem ostrożny, ale że w filmie nic o demonach nie było, więc buddyzm potraktowałem życzliwie. :-) Poza tym dzieło Kim Ki Duka to dla mnie film przede wszystkim o ludziach i o poszukiwaniu przez nich “spełnienia”, a dopiero potem o buddyzmie.

    Z tymi ikonami to cóż… WordPress je niedemokratycznie narzuca. Zbyt cienki jeszcze jestem, by umieć coś z tym zrobić, bo faktycznie niezbyt urodziwe są… :-)

    Pozdrawiam serdecznie

    R.

     
  13. Romeus

    Marzec 23, 2012 at 10:26 am

    Przeczytałem facebookowe oświadczenie Cejrowskiego na stronie Frondy. Programu telewizyjnego, gdzie spluwał koło świątni buddyjskiej nie widziałem. Mam dwie “szybkie” uwagi. Pierwsza jest właściwie zdziwieniem, dlaczego Cejrowski, który tak ciepło pisał o Indianach amazońskich (wszak pogan wśród nich sporo, a nawet żony gościom na noc pożyczają) tak bezceremonialnie obchodzi się z buddyzmem? I druga rzecz – pisałem o tym kiedyś na Frondzie w tekście “Lektura na Wielki Post” (teraz go już chyba usunięto) – jeśli autentycznie chce się kogoś nawrócić nie ma gorszego początku niż obrażanie go.

     
  14. Kris

    Marzec 29, 2012 at 8:38 pm

    Łoł, aż dwóch obrońców, którzy Cejrowskiego upominają. :)
    A więc po kolei.
    Oglądałem na żywo i mam nagrany w mp4 odcinek o buddyzmie.
    Gwoli wyjaśnienia:
    1) O spluwaniu nic nie wiem. Jeśli Cejrowski spluwał, to nieładnie, muszę jeszcze raz obejrzeć.
    2) Przesłanie Cejrowskiego było takie: przykładowo – Buddyzm, jako religia polega na modleniu się do demonów, w tym do Lucyfera (to Dalajlama)
    Wiadomości o buddyzmie skonsultował C. ze spaecjalistami od buddyzmu. Nikt mu nie zarzucił podania nieprawdy.
    Odnosił się krytycznie (“Głupie ludzie”) o polskiej wycieczce, która odprawiał modły, nie bardzo rozumiejąc, co robi. I uzasadniając to zgodnie z katechizmem.
    Twój wpis o buddyzmie na Frondzie muszę jeszcze raz przeczytać. Na pewno jeszcze wisi.
    Wpadnę jeszcze.

     
    • Romeus

      Marzec 30, 2012 at 11:01 am

      Primo – To nie był wpis o buddyzmie tylko recenzja książki ks. Leo Trese. :-)

      Secundo – No Panowie, to jak wreszcie jest z tym spluwaniem – było czy nie?!

      Tertio – Czy buddyzm z definicji polega na czczeniu Szatana, a Dalajlama jest Lucyferem? Czy wg specjalistów Cejrowskiego (przydałyby się jakieś nazwiska) buddyzm = satanizm? Przecież wielu buddystów w ogóle nie zna takich pojęć! To może zachodzić chyba tylko w sytuacji, kiedy jakiś buddysta, znając katolicyzm, świadomie i dobrowolnie odrzuca go. Jasne, że buddyzm nie gwarantuje zbawienia, ale zawiera kilka elementów, które są również żywe i obecne w Kościele katolickim (np. praktyki ascetyczne, dążenie do moralnej doskonałosci i do oczyszczenia się z nieuporządkowanych ziemskich przywiązań), przez które Duch Święty może kształtować dusze buddystów i usposabiać je do choćby duchowego członkostwa w Mistycznym Ciele Chrystusa. Program telewizyjny to forma zapewne zbyt zwięzła (20-30 minut), by uwzględnić te wszystkie niuanse, lepiej sprzedają się “mocne efekty” i “mocne słowa”, ale wg mnie prawdziwa troska o czyjeś nawrócenie powinna jednak skłaniać do głębszej refleksji, bo są przypadki, gdy buddyzm jest faktycznym odwróceniem się od Chrystusa, ale są i takie, kiedy jest jedyną znaną drogą doskonalenia własnego sumienia i poszukiwania prawdziwego Boga.

      Quarto – A katolik, który odprawia modły stricte buddyjskie – najłagodniej pisząc – nie wie, kim jest. O ekumenizmie mowy tu nie ma, bo nawet w Asyżu Papież bynajmniej nie wzywał, by się posągowi Buddy kłaniać.

       

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.