RSS

“Przeklęta góra”, czyli Kafka po chińsku

Scenariusz do tego filmu mógłby napisać Franz Kafka, gdyby zamiast kreować somnambuliczne wizje, tworzył w poetyce realizmu. W „Przeklętej górze” atmosfera absurdalnego w swej grozie zaszczucia i równie absurdalnej, a zarazem rozpaczliwej bezwyjściowości jest wyjątkowo sugestywna. Ten film zdumiewa i jednocześnie poraża. To, co u Kafki było tylko onirycznym symbolem i mroczną metaforą, tu staje się niemal namacalne i niepokojąco konkretne za sprawą reżyserskiego kunsztu Yanga Li i talentu aktorskiego młodziutkiej Lu Huang. „Przeklętą górę” oglądałem bez przyjemności. Za to ze ściskającym się coraz bardziej sercem i po raz pierwszy od wielu miesięcy z poczuciem, że obcuję z dziełem, którego twórca rzeczywiście ma mi coś ważnego do powiedzenia.

            Akcja filmu toczy się w północnych Chinach na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Bai Xuemei, świeżo upieczona absolwentka studiów, nie może znaleźć pracy. A jej rodzice – pieniędzy na wykształcenie młodszego brata córki. Bai jest dobrą dziewczyną, więc postanawia pomóc rodzinie finansowo. „Zapomina” o swoich zawodowych aspiracjach, wywindowanych zapewne dość wysoko przez fakt ukończenia wyższej uczelni i przystaje na ofertę pewnej firmy, oferującej dobry zarobek przy zbiorze ziół. Na szczęście praca jest sezonowa, inaczej osobie wychowanej w dużym mieście zapewne trudno by było przetrwać w zagubionej gdzieś w górach wiosce, która poziomem cywilizacyjnym nieco tylko przewyższa nasze swojskie Taplary. W Taplarach było jednak – mimo wszystko – wesoło. W ich chińskim odpowiedniku – bynajmniej. Bai podstępnie odurzona środkiem nasennym na kilka godzin traci świadomość, a kiedy ją odzyskuje nie ma już ani pieniędzy, ani dokumentów. Przedstawiciele firmy oferującej pracę też gdzieś się ulotnili. Ku swemu przerażeniu dziewczyna dowiaduje się za to, że… została żoną jednego z wieśniaków, który kupił ją za siedem tysięcy juanów. Dalsza część filmu stanowi przejmujący zapis kolejnych prób odzyskania wolności przez Bai i coraz bardziej bezwzględnych działań lokalnej społeczności w celu zatrzymania dziewczyny. Zza kulis głównego wątku stopniowo wyłania się również obraz życia miejscowych ludzi. Trudno nie odnieść wrażenia, że reżyser Yang Li pokazuje nagie fakty, o których słyszał lub które zaobserwował. Gdyby na jego miejscu był reżyser Wojciech Smarzowski pewnie jako finezyjną metaforę tutejszych stosunków zobaczylibyśmy wybijające z donośnym bulgotem szambo. Yang Li ogranicza się do pokazania fragmentów ubranka niedawno narodzonej dziewczynki, pływających w pobliskim stawie. Bo dziewczynki często się tu topi zaraz po porodzie. Będą mieć mniej sił do pracy od chłopców i nie opłacają się finansowo. Taniej jest już kupić żonę dla syna, kiedy przyjdzie odpowiednia pora.

             Bo, choć gdzieś daleko w Pekinie rządzi partia komunistyczna, to tu, w górach – niczym w Balzakowskim Paryżu – władcą absolutnym jest pieniądz. Można nie umieć czytać i pisać, ale obliczanie zysków i strat bez oglądania się na wyrzuty sumienia autochtoni mają we krwi. Kto tego nie akceptuje, prędzej czy później opuszcza wioskę. Z wyjątkiem oczywiście zakupionych żon, które egzystują na prawach ludzkich samic przeznaczonych do rodzenia synów, no i poza tym muszą się zwrócić zanim się zamortyzują.

             Można by odnieść wrażenie, że „Przeklęta góra”, poruszając problem, który w chwili premiery filmu był w Chinach źle widziany przez cenzurę, jest dziełem publicystycznym, reportersko-interwencyjnym z zacięciem feministycznym. Można mu też zarzucić banał, gdyż porusza temat wielokrotnie eksploatowany. Nic bardziej mylnego. Publicystyka i interwencyjność dochodzą u Yanga Li do głosu jedynie „przy okazji”. Na pierwszym planie jest opowieść o walce o wolność i godność. Dzięki talentowi reżysera i prowadzonej przezeń aktorki – opowieść jedyna w swoim rodzaju. Owszem, wszystko już w sztuce było: wojna, przyjaźń, zdrada, miłość, nienawiść etc. etc. Prawdziwego artystę poznaje się jednak m.in. po tym, że historię, która zdarzyła się już różnym ludziom mnóstwo razy, potrafi pokazać jakby zdarzyła się po raz pierwszy. Wszak każdy doświadczył jej trochę inaczej, nieprawdaż? Albo się ma ów dar, który pozwala to dojrzeć i ukazać innym, albo nie – i wówczas uprawia się „postmodernistyczną grę z gatunkami” albo inne „kino kulturowej transgresji”.

             W filmie poza jednym krótkim songiem, który słyszymy bodaj ze trzy razy (włączając napisy końcowe) nie ma muzyki. Zdjęcia majestatycznej, chwilami bardzo pięknej, choć zawsze surowej, górskiej przyrody podkreślają milczącą obojętność natury wobec ludzkich dramatów, rozgrywających się niejako „na jej oczach”. Dobrze ilustruje to angielskie tłumaczenie tytułu („Blind Mountain”). Polski przekład niestety poszedł w nieco inną, bardziej „wartościującą” stronę. Szkoda, bo w filmie Yanga Li malowane kamerą pejzaże skąpanych w słońcu pól i porośniętych lasami górskich masywów pojawiają się często, jakby sugerując, że sposób życia miejscowych ludzi stanowi fragment odwiecznego ładu miejscowej natury. Nie przypadkiem główna bohaterka określa więżących ją wieśniaków mianem „zwierząt”. Taki po prostu panuje tu porządek rzeczy. I – co w kraju komunistycznej dyktatury dość zaskakujące – nawet przedstawiciele oficjalnych władz czują się wobec niego bezradni. Zaś upór w dążeniu do jego naruszenia może się oczywiście skończyć tylko tragicznie. Jak u Kafki.

RdR

Film rekomenduję tylko widzom dorosłym. Po pierwsze temat bardzo poważny i sposób jego ukazania chwilami drastyczny, z czego nie czynię zarzutu, bo widać, że reżyser nie goni za sensacją, ale dba o realizm. Kilka scen bicia i niewolenia kobiety przez grupę mężczyzn. Jedna realistyczna scena erotyczna, prawie bez nagości. Jedna równie realistyczna i wstrząsająca w swej “reżyserii” scena gwałtu, podczas której widać niemal całkowicie obnażoną ofiarę.

 
17 komentarzy

Posted by w dniu Czerwiec 5, 2013 w film

 

Tagi: , , , ,

Życzenia Wielkanocne

Drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy!

       Zbliżają się Święta Zmartwychwstania Pańskiego zwane też często Wielkanocnymi. Dla każdego wyznawcy Chrystusa to najważniejsze święta w roku, mimo że nie ma choinki ani prezentów. Gdyby bowiem Jezus nie zmartwychwstał nie mielibyśmy szans, mimo wszystkich zasług, modlitw i umartwień, na wejście do Nieba. Co najwyżej czekałaby nas Otchłań opromieniona obecnością Mojżesza, Eliasza i innych świętych ludzi, zmarłych przed nadejściem Mesjasza. Taki jest – w największym skrócie – prawdziwy sens tych Świąt. Nie sposób go odczytać z zoologicznych kartek okolicznościowych, przedstawiajacych pisanki, kurczaczki, zajączki i baranki na tle cukierkowych pejzaży. Nie sposób go odczytać z praktykowanych jeszcze tu i ówdzie pracowniczych imprez, zwanych potocznie “jajeczkami”. Nie sposób go wreszcie odczytać z wyświechtanej, często powtarzanej formułki “Wesołych Świąt” ani z tych rodzinnych biesiad, które ograniczają się wyłącznie do wyżerki i wypitki z “duchowym” deserem w postaci kontemplacji migającego prostokątnego monitora na pół ściany. Read the rest of this entry »

 
Dodaj komentarz

Posted by w dniu Marzec 29, 2013 w varia

 

Tagi: , , , ,

„Anatomia upadku”, czyli dlaczego to wciąż powinna być nasza sprawa

„Anatomia upadku” to film solidny i rzetelny. Rasowa dziennikarska robota, która w finale, odwołując się do poruszającej metaforyki, zdradza nawet wyższe, ponad-reporterskie ambicje. Autorka, Anita Gargas, mimo, że na co dzień związana ze środowiskiem o bardzo wyrazistych poglądach politycznych, potrafiła je w swym dokumencie powściągnąć, dyskretnie usuwając się za kulisy faktów i wypowiedzi swoich bohaterów. Nie komentuje tylko relacjonuje. Nie wartościuje tylko pyta. Nie napastliwie, ale dociekliwie. Indaguje zarówno politycznie neutralnych świadków, jak i przedstawicieli obu stron smoleńskiego konfliktu. Jedni chcą mówić, inni – nie, choć nawet w obliczu kamer solennie obiecują, że to zrobią.  Read the rest of this entry »

 
23 komentarzy

Posted by w dniu Styczeń 25, 2013 w film

 

Tagi: , , , ,

Zanim obrócimy się w popiół, czyli… pospieszne życzenia na Boże Narodzenie

 

Drodzy goście tego skromnego bloga!

 

       Dzięki mediom wszelakim wiemy, że dziś wg kalendarza Majów ma nastąpić koniec świata, zatem zdyszany spieszę złożyć Wam najlepsze życzenia z okazji nadchodzącego Bożego Narodzenia. Gdyby zaś jakiś purysta czynił tu uwagi, że życzenia są bezprzedmiotowe, gdyż nawet Wigilii nie doczekamy, odpowiadam, że – jak mówi Pismo – “dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych”. W podobnym duchu wypowiada się zresztą świecka mądrość żydowska w sławnej maksymie – “Kto nie wierzy w cuda, nie jest prawdziwym realistą”. Read the rest of this entry »

 
8 komentarzy

Posted by w dniu Grudzień 21, 2012 w varia

 

Tagi: , , , ,

Uważam, rze… wszystko nareszcie jasne

       Przed chwilą dowiedziałem się, że Paweł Lisicki, redaktor naczelny “Uważam, rze”, został wczoraj zwolniony z pracy. W geście solidarności około trzydziestu dziennikarzy postanowiło odejść razem z nim. Pisałem tu niedawno krytycznie o publicznych wypowiedziach niektórych redaktorów tego tygodnika, w tym również o panu Lisickim. Wobec ostatnich wydarzeń sądzę, że moja krytyka przynajmniej w części stała się nieaktualna. Zespół pokazał klasę, rzadko dziś spotykaną, nie tylko w świecie mediów. Podnosi na duchu fakt, że jeszcze dla kogoś w naszym kraju liczy się coś oprócz forsy i “małej stabilizacji”. Że są jeszcze jakieś imponderabilia, których warto bronić nawet za cenę osobistych wyrzeczeń i trudności. Mam tu na myśli szczególnie tych spośród odchodzących, którzy nie mają sławnych nazwisk ani “fuch” w kilku miejscach naraz. Im będzie teraz najtrudniej i oni zapłacą za swój gest najwyższą cenę. Z całego serca życzę wszystkim, by jak najszybciej znaleźli pracę w nowopowstałym piśmie “W sieci” i innych tytułach. Mam graniczącą z pewnością nadzieję, że “W sieci” (mimo niezbyt szczęśliwego, “kwadratowego” formatu ) za kilka miesięcy zdystansuje pod względem nakładu Hajdarowiczową “Rzepę” i “Uważam, rze” razem wzięte. Read the rest of this entry »

 
11 komentarzy

Posted by w dniu Listopad 29, 2012 w varia

 

Tagi: , , , ,

„Prorok”, czyli rzecz o tożsamości

„Skąd przyszliśmy? Kim jesteśmy? Dokąd idziemy?” – zastanawiał się przed ponad wiekiem w tytule swego słynnego płótna Paul Gauguin. Co ciekawe, żeby poważnie przemyśleć te pytania, potrzebował wyjazdu aż na dalekie Tahiti. Jean Audiard, reżyser „Proroka”, nigdzie nie wyjechał, choć pytania stawia podobne. Gauguin szukał w egzotyce wyzwolenia z kręgu zachodniej cywilizacji. Audiard natomiast rozgląda się uważnie wokół siebie i dochodzi do wniosku, że ów krąg być może kruszy się na naszych oczach. Read the rest of this entry »

 
2 komentarzy

Posted by w dniu Listopad 26, 2012 w film

 

Tagi: , , , ,

No i jak ja mam Ci odpowiedzieć, Papieżu?

Kiedyś łatwiej mi się pisało o wierze. Dzisiaj robię to sporadycznie lub najczęściej przy okazji rozważań na inne tematy. Bardzo bliskie stało mi się zdanie angielskiego pisarza Evelyna Waugha – „U osób świeckich nadmierne zainteresowanie sprawami religii zwykle jest pierwszym symptomem szaleństwa”. Kluczowy jest tu przymiotnik „nadmierne”. Bo jeśli wierzysz, interesować się powinieneś. To chyba naturalne. Cały problem w tym, żeby nie przeoczyć tej „cienkiej, czerwonej linii”, za którą zaczyna się „nadmiernie”. Jego objawy są łatwo zauważalne. Dla wszystkich z wyjątkiem osoby „nadmiernej”: fanatyzm; dewocja; zacietrzewienie; popadanie w rozmaite dziwactwa, które zamiast przyczyniać się do nawrócenia bliźnich, budzą w nich raczej sceptycyzm, a czasem wręcz niesmak i zgorszenie. Od wielu lat bywam na różnych portalach katolickich i nazbierało mi się aż nadto dowodów na poparcie tej tezy. Read the rest of this entry »

 
Dodaj komentarz

Posted by w dniu Październik 12, 2012 w literatura

 

Tagi: , , , ,

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

%d bloggers like this: